niedziela, 30 grudnia 2012

    Ojojoj, długo mnie tu nie było. A tu trochę się wydarzyło  Postaram się wszystko uaktualnić, choć nie obiecuję że za jednym zamachem.
    Co do domku o którym pisałam, niestety okazało się, że cena to $300 tygodniowo, czyli nie na nasz portfel. Jeszcze nie zapadła ostateczna decyzja, ale powiedzieliśmy właścicielowi, że na więcej niż 250 nas nie stać i teraz wszystko zależy od niego. A nowy domek by się przydał, bo niedługo będziemy się musieli wyprowadzić z tego w którym teraz mieszkamy. Właścicielka wystawiła go na sprzedaż i jak znajdzie kupca to da nam 6 tygodni na wyprowadzkę. Ale szukać zaczęliśmy już teraz żeby dać sobie większe szanse na znalezienie czegoś fajnego. Niestety chwilowo jest straszny zastój na rynku i ceny tez jakby poszły w gorę. Ale jesteśmy dobrej myśli.
    Tymczasem w pracy wszystko idzie doskonale. Sprawa kursu już całkiem przycichła, za to sprawa wiz się kręci. Pat właśnie załatwiła nowe pozwolenie na zatrudnienie osób z zagranicy (stare się jej przedawniło) i dała mi już wszystkie dokumenty potrzebne do aplikacji. Ja też już wypisałam papiery i jedyne co musimy zrobić to pstryknąć Liliance nowe zdjęcia:)
   Poza tym to wreszcie nie pracuje sama. Pat i Rox (moja główna menagerka) zdecydowały (po moich prośbach i narzekaniach), że jednak przyda mi się asystentka. Przeprowadziłyśmy interview z kilkoma babeczkami i zdecydowałam się na jedną. Starsza kobitka ale pełna energii, z dużym doświadczeniem w samodzielnej pracy, pełna pomysłów i gadatliwa (czasem nawet trochę wścibska). Trochę zajęło zanim ją zatrudnili bo Rox chciała kogoś innego, na szczęście jej babeczka sama się wycofała i padło na mój wybór. Sue - tak ma na imię- zaczęła pracę pod koniec Listopada i sprawdza się świetnie. Podzieliłyśmy się obowiązkami zgodnie z naszymi silnymi stronami, ona prowadzi gry słowne, quizy  czytanie wiadomości i zajęcia plastyczne. Ja organizuje gry ruchowe, bingo,  organizuję koncerty i wyjścia oraz zajmuję się podopiecznymi ze szpitala. I wszystko kręci się super. Mamy kilka nowych projektów na nowy rok i chcemy w nie zaangażować wszystkich mieszkańców wioski. Napisałam też długiego e-maila do agencji zrzeszającej pracowników charytatywnych i miejmy nadzieje że ktoś się do nas zgłosi do pomocy:).
     W ogóle z ta agencją to też fajnie wyszło bo miałam już do nich dawno pisać ale zwlekałam . I bardzo dobrze bo któregoś weekendu wybraliśmy się z Chmielem na osiedlowy festyn. No i kiedy już pakowaliśmy się do auta zaczepiła nas jakaś babka pytając czy nam się podobało. Okazało się, że to ona go zorganizowała i zaczęliśmy rozmowę o wszystkim i niczym i w trakcie rozmowy dołączyła do nas jej koleżanka.  Przedstawiła się polskim nazwiskiem więc od razy zeszło na temat polskiej społeczności w New Plymouth i tego jak się z nimi skontaktować. Powiedziała, że może nam dać na nich namiary ale dopiero z domu jak zapyta męża bo to on jest Polakiem z któregoś pokolenia. Wręczyła mi więc wizytówkę ze swoim numerem i okazało się że jest przewodniczącą całej tej charytatywnej organizacji i że chętnie pomoże mi znaleźć kogoś do pomocy w Maida Vale:)
     Tak więc dwie pieczenie na jednym ruszcie, a właściwie trzy bo przy okazji zapytałam w mailu czy nie znalazłaby dla mnie jakiejś pracy charytatywnej w pracy społecznej.
Jako, że nie chce mi się czekać aż 3 lat na wizę rezydencką postanowiłam poświęcić trochę prywatnego czasu i popracować charytatywnie dla jakiejś organizacji żeby zdobyć doświadczenie zawodowe. Miałam kiedyś rozmowę kwalifikacyjną w największej w kraju organizacji zajmującej się pomocą dzieciom i powiedzieli mi, że chętnie mnie zatrudnią jak poznam trochę bliżej Nową Zelandię, ich kulturę i najlepiej jak zdobędę trochę doświadczenia. Myślę że tak z pół roku powinno wystarczyć. Tak więc czekam teraz na odpowiedź od pani Doduńskiej:)
No to tyle o pracy, w następnym poście będzie trochę o Świętach w Nowej Zelandii i wycieczkach:)