czwartek, 12 grudnia 2013

Wypady weekendowe

Lepiej powrzucam zdjęcia z naszych dotychczasowych wypadów, bo zbliżają się święta i mamy plana na objazdówkę wokół wybrzeża i potem będę musiała znowu nadrabiać zaległości.
Zakupiliśmy 8 osobowy namiot na targach turystycznych, wysępiłam dwa dni wolnego na Święta a na całym wybrzeżu obowiązuje Free Camping - czyli że można się rozwalić gdziekolwiek z namiotem czy przyczepką. Więc że tak powiem samo się prosi:):)
Ale do rzeczy zdjęcia z Gisborne:
Tu nasze wybrzeże i plaża, samo centrum miasta przy porcie:


 Te bielące się w tle skały to tzw Young Nicks Head. Kapitan Cook obiecał galon rumu pierwszemu członkowi załogi który ujrzy lad. No i ze wszystkich członków załogi 12 letni Nick Young pierwszy zobaczył Nową Zelandię. Tam w kącie pomiędzy drzewami stoi właśnie Młody Nick


Nasza miejska plaża w centrum. Brakuje mi na niej tylko kramików z pierdołami i byłoby idealnie.

Kapitan James Cook

 Kaiti Hill, wzgórze praktycznie w centrum miasta, bardzo popularne miejsce spacerowe, ze ścieżką zdrowia itp. Na szczycie obserwatorium astronomiczne i oczywiście punkt widokowy.

 Bawimy się na plaży w Kaiti




 Bajorko:):) Ostatnio moje ulubione zajęcie na plaży - kopanie bajorek dla Lilianki:):)

 Panorama miasta z Kaiti Hill


 Panorama naszego wybrzeża

A tu znów kapitan James Cook

Tak więc samo miasto i okolice wyglądają jak wyżej. Jest przepięknie, zwłaszcza w pełnym słońcu, ale niestety Gisborne to nie Miami i bardzo mocno odczuwa się to jakie jest małe. Liczba sklepów limitowana, nie ma centrum handlowego, jedno małe kino, praktycznie brak życia nocnego i naprawdę nic się tu nie dzieje po 19.00. Przynajmniej ja na razie nic nie znalazłam. Nawet knajpy zamykają!! Ale na pocieszenie podobno liczba festiwali i iwentów w czasie lata podobno przyprawia o zawrót głowy więc czekamy:):)


Oprócz miasta i najbliższych okolic niewiele do tej pory zwiedziliśmy. Ale zaliczyliśmy niesamowicie malowniczą Tolaga Bay. Oddaloną o około 50 km na północ mieścinę.








wtorek, 10 grudnia 2013

Pierwsze tygodnie w pracy

No i skończyło się wolne i zaczęła praca. Na szczęście (albo może nieszczęście) nie przemęczam się a właściwie to strasznie się nudzę. Puki co moja praca polega głównie na gapieniu się w ekran komputera i ewentualnym dłubaniu w nosie, z niewielkimi przerwami na wizyty u klientów. Generalnie moim zadaniem będzie opiekowanie się dziećmi których rodzice pozbawieni zostali praw rodzicielskich. Będę pisać raporty, odwiedzać sądy i wizytować placówki do których zostały dzieci wysłane. Na razie jednak zapoznaję się z całą strukturą firmy i zaczynam od grupy odpowiedzialnej za odpowiadanie na zgłoszenia z linii zaufania, weryfikowanie doniesień i ewentualne zapewnianie dzieciom tymczasowego bezpieczeństwa. Zostały mi też przydzielone dwie sprawy wymagające dokonania pełnego dochodzenia, ciekawe bo jako urzędnik CYF mam wgląd we wszystkie dane policyjne, skarbówki, medyczne itp osób których sprawami się zajmuję.

niedziela, 17 listopada 2013

Właśnie minęły nam dwa pierwsze tygodnie w Gisborne, a co gorsze skończyło mi się wolne. Fajnie się nam zwiedzało okolice, zwłaszcza że trafiliśmy akurat na festiwal ogrodów. Tak więc zaprezentuję wam kilka zdjęć z naszych wojaży:)





Takie tam sobie czyjeś prywatne ogródki.....






A tu to wcale nie Beskidy tylko widok z punktu widokowego w Easwood Hill (Największej na południowej półkuli kolekcji drzew półkuli północnej). Poczuliśmy się prawie jak w naszym rodzimym lesie i jak na las przystało znaleźliśmy kilka grzybów:):





Zaliczyliśmy też ogród botaniczny:

cdn...


środa, 13 listopada 2013

Jak to było po kolei.

A wiec jesteśmy już w Gisborne, ale chciałabym wrócić do tego jak się tu znaleźliśmy.
Jak wiecie szukałam pracy już od dłuższego czasu ale sama napisałam, że do Gisborne mnie nie ciągnie. Ofert z Gisborne było kilka ale ja starałam się dostać albo na południową wyspę albo do większego miasta. Niestety, wszystkie odpowiedzi jakie dostawałam były odmowne. I tak wyszło że po wyjeździe do Rotoruy nasze nastawienie do szukania pracy znacznie się zmieniło. Głównie dlatego że Rotoruę razem z Gisborne i innymi miejscami na wstępie odrzuciliśmy a po urlopie okazało się że Rotorua jest fantastyczna i strasznie żałowaliśmy, że nigdy do niej nie zaaplikowałam. Doszliśmy więc do wniosku, że może nie warto odrzucać pewnych miejsc bo mogą okazać się na prawdę fajne. Na dodatek tygodnie mijały bez rezultatów a zależało nam na tym żeby zmienić pracę przed końcem listopada, bo potem przez Święta to ciężko dostać wizę w terminie. No i tak się stało, że któregoś dnia wysłałam aplikacje na wszystkie oferty jakie były na internecie. No i nie dłużej jak dwa tygodnie później zaczęli do mnie dzwonić z zaproszeniami na rozmowy kwalifikacyjne. W sumie umówiłam się na trzy rozmowy: Gisborne, Auckland i Taupo. Gisborne zaoferowało mi pracę pierwsze i postanowiłam przyjąć ofertę od razu ponieważ zrobili na mnie baaardzo dobre wrażenie na rozmowie. Cała rozmowa trwała dwie godziny (a była tak miła i interesująca że czułam jakby dopiero minęło 30min) przeplatana była anegdotkami i opowiadaniami o tym jak to miło jest w Gisborne i jakie mają fajne festiwale. Oczywiście część formalna tez była: pytania z kwestionariusza na które odpowiedziałam śpiewająco i zadanie do napisania które zawaliłam bo nie odwróciłam kartki na druga stronę... musiałam potem szybko improwizować...:)
Tak więc dwa tygodnie po rozmowie dostałam ofertę pracy. W Maida Vale wszyscy przyjęli to bardzo dobrze, część ludzi spodziewała się, że niedługo pewnie odejdziemy a szefowa i koleżanka dały mi świetne referencje:)
Ostatni miesiąc w Maida Vale upłynął mi bez większych zmian, program rekreacyjny musi iść dalej więc nie zwolniłyśmy ani na chwilkę organizując dziadkom wycieczki i koncerty oraz na zakończenie mojej kariery w rekreacji zabierając 15 osób z wioski na trzy dniowy konkurs chórów do Wellington do którego przygotowywaliśmy się od 3 miesięcy.
Konkurs wypadł fantastycznie a Wellington jest jednym z najbardziej malowniczo położonych miast jakie widziałam i strasznie ale to strasznie mi się spodobało.  Po raz pierwszy od przyjazdu do Nowej Zelandii poczułam się jak w prawdziwym mieście...z wieżowcami, nowoczesnymi budynkami, tętniącym nocnym życiem, kultura niską i wysoką, achhh. Nie, żebyście sobie nie myśleli, że narzekam na nasze dotychczasowe życie blisko natury, ogródek warzywny i spacery po lasach, co to to nie. Ale milo było przejść się wibrującymi muzyką i światłem nocnymi ulicami dużego miasta...:) Poczułam się jak za starych dobrych studenckich czasów w nocnym Krakowie...


piątek, 1 listopada 2013

Następny rozdział:)

Wiem, nie zdążyłam nadrobić zaległości z ostatnich tygodni ale muszę podzielić się tym co dzieje się u nas teraz.
Właśnie rozpoczynamy następny rozdział naszej przygody w Nowej Zelandii. Dzisiaj zakończyliśmy nasz ostatni dzień w Maida Vale i w New Plymouth bardzo udanym spotkaniem pożegnalnym w wiosce. Ciastka, krakersy, wino i trochę łez, ale wszytko na dobre. Spędziliśmy w New Plymouth na prawdę wspaniały rok i z ciężkim sercem opuszczamy to miejsce. Powoli zaczynaliśmy się już zadomawiać, poznaliśmy na prawdę cudownych ludzi, ale niestety praca którą wykonywaliśmy nie mogła zapewnić nam statusu rezydenta. Dlatego musimy ruszać dalej. Wyjeżdżamy na wschodnie wybrzeże. Dostałam nową prace w Gisborne jako pracownik socjalny. Rano pakujemy się do ciężarówki i wyjeżdżamy.
O tym jak do tego wszystkiego doszło napiszę na spokojnie jak dotrzemy do celu i wypakujemy graty. Będę miała dwa tygodnie wolnego zanim zacznę nową pracę więc na pewno znajdę czas aby opisać to i owo:)

środa, 30 października 2013

Rotorua cd

Chyba mi popularność na blogu spada, tak często dodaje posty...;)
W każdym razie zakończę temat Rotoruy, bo nie jedno się od tego czasu zdarzyło i muszę nadrobić zaległości.
Po wizycie w Parku Termalnym wybraliśmy się na tak zwaną Luge: czyli letni tor saneczkowy. Wyciągiem na górę a potem łiiiiii w dół czterokołowymi saneczkami:):) Oczywiście Lilianka wolała jeździć z tatą bo mama jest za wolna...



Zaraz obok toru znajduje się park/zoo Rainbow Springs Kiwi Wildlife Park. Odwiedziliśmy go ponieważ maja w kolekcji większość Nowozelandzkich zwierząt z ptakiem Kiwi na czele. Niby mieszkamy tu już ponad rok ale Kiwi jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Fajna rzecz w parku to to, że bilet wydawany jest na 24h więc można przyjść kilka razy. I my tak własnie zrobiliśmy bo było już za późno żeby zobaczyć wszystkie ptaki i za wcześnie żeby spotkać Kiwi w naturalnym środowisku (w nocy). Tak więc zrobiliśmy sobie rundkę i postanowiliśmy wrócić jak się ściemni a w międzyczasie poszliśmy na basen termalny.
Po basenie i kolacji wróciliśmy do parku i mimo że trochę się spóźniliśmy i już mieli zamykać to nas wpuścili i mięliśmy prywatną sesję z kiwi:):) Bardzo nieśmiałe ptaki...  Ciężko je było po ciemku wypatrzyć w krzakach ale udało się i nawet Lilianka je zauważyła. Co ciekawe każdy ptak musi mieć osobny wybieg bo są bardzo terytorialne i mogłyby się zadziobać.
Nasza przygoda w parku na tym się nie zakończyła bo tak jak napisałam wcześniej nie zobaczyliśmy wszystkich atrakcji tego dnia więc w poniedziałek wróciliśmy. Wzięliśmy udział w pokazie papug które latały nam nad głowami i robiły sztuczki, oglądaliśmy pstrągi przez szybę i zaliczyliśmy "Big Splash". Przeprawę łódką wzdłuż sztucznego strumienia z dinozaurami i sztucznymi ptakami, zakończoną ostrym zjazdem w dół wodospadu (Lilianka miała dobrego stracha- mi tez żołądek podskoczył).

A tu kilku mieszkańców parku











Wiecie dlaczego Rotorua tak bardzo mi się spodobała. Wiadomo, mnóstwo  atrakcji to jedno, ale co mnie najbardziej zachwyciło to prawdziwy las sekwoi. W Taranaki mamy w przeważającej części busze i nie można sobie po lesie połazić między drzewami.  W buszu pełno kszorów i widoczność na 3 metry i strasznie mi się tęskni za zwyczajnym lasem. Tak więc z wielką przyjemnością wybraliśmy się tego dnia na spacer wśród olbrzymów J





Ostatnim punktem naszego programu była wizyta w żywej Maoryskiej wiosce. Wioska założona dosłownie na gejzerze, otwarta dla zwiedzających ale zamieszkana. Pod każdym domem się dymi, na środku wielkie wrzące bajoro w którym mieszkańcy gotują sobie jedzenie.  Z jeziora odprowadzone kanały do betonowych łaźni gdzie podobno cała wioska jak jeden o 18.00 bierze wspólną kąpiel.  Na wzgórzu cmentarz a obok świetlica i pokazy tańców a w centralnym miejscu wioski Marae czyli dom spotkań gdzie odbywają się wszelkie celebracje.  Fascynujące i jednak trochę dziwne ale na pewno warte zobaczenia.