niedziela, 23 listopada 2014

Wakacje w Northland

Nareszcie doczekaliśmy się upragnionych wakacji:):)
Jak pewnie wszyscy zauważyli po moich publikacjach, zasiedzieliśmy się w tym Gisborne przez zimę. Dopadła nas stagnacja i nuda bo pogoda kiepska i niezbyt dużo do roboty w okolicy. Zaplanowaliśmy więc sobie wyjazd żeby się na trochę wyrwać.
Darek sobie upatrzył północ Nowej Zelandii jako cel nasze wyprawy, tak więc zrobiliśmy sobie objazdówkę: Gisborne, Tauranga, Auckland, Bay of Islands, Kauri Coast, Auckland, Rotorua i powrót do Gisborne. 

Dzień 1
Wakacje zaczęliśmy w sobotę po południu po Darka pracy. Celem podróży był kemping przy Taurandze gdzie dotarliśmy już wieczorem. Powiem tak: wystraczylo, że wyjechaliśmy za Gisborne i zaczęliśmy sobie przypominać dlaczego przyjechaliśmy do Nowej Zelandii. Widoki są tu naprawdę niesamowite. Tego dnia nic już w sumie nie zrobiliśmy, tylko krótki spacer nocną porą pa plaży

Przystanek na coś do jedzenia w cieniu drzew pohutukawa


Tu widoczek w drodze do Taurangi

Dzień 2
Zwiedzanie Mount Maunganui
Mount Maunganui znajduje się tuż obok Taurangi, właściwie nie wiem czy nie jest jej częścią.
Tu spędziliśmy cudowny poranek. Widoki niesamowite, błękitne morze i nareszcie jakaś cywilizacja. Bardzo się nam tu spodobało. Miasto tętniło życiem, pełno ludzi na promenadzie, czysto i schludnie i w powietrzu czuć było lato. Zupełnie nie do porównania z naszą mieściną. 
Kupiliśmy więc sobie z okazji tego wspaniałego letniego dnia pyszne lody malinowe i zwiedziliśmy troszkę teren,

Tutaj widoczek na malownicze wysepki:

Mount Maunganui w pełnej okazałości. Dla ludzi o dobrej kondycji, można wspiąć się na sam szczyt, dla nas było trochę za gorąco na takie wyczyny, zostaliśmy więc na plaży a potem skoczyliśmy do parku i na plac zabaw:)


A tu już widoki z parku:

 Pohutukawy zaczynają kwitnąć

Punkt widokowy w parku

I jeszcze jeden widoczek na górę Maunganui



Po Mount Manganui wybraliśmy się na obiad do samej Taurangi ale nie zrobiła na nas wielkiego wrażenia to i zdjęć nie załączam.
A potem już ruszyliśmy w kierunku Auckland. Zatrzymaliśmy się jeszcze po drodze na kilka zdjęć
Główną atrakcją była ponowna wizyta w Karangahake Gorge. Byliśmy tam w zeszłym roku w Wielkanoc gdy wybraliśmy się na Coromandel, ale nie przeszliśmy wszystkich szlaków, tak więc tym razem zafundowaliśmy sobie trasę starym tunelem kolejowym który ma długość ponad kilometra i prawie zero światła:):) Ale zdjęć z tunelu nie ma bo za ciemno było:)




Wieczorem dotarliśmy do Auckland gdzie nasza dobra znajoma jeszcze z New Plymouth przenocowała nas u siebie.

Dzien 3
W drodze do Bay of Islands

Będąc w Auckland musieliśmy się zdecydować co robić, czy zostać i zaliczyć muzea czy jechać dalej. Zdecydowała za nas pogoda która miała być piękna przez pierwszych kilka dni i zepsuć się później więc zostawiliśmy sobie muzea na gorszą pogodę, jako że i tak mieliśmy wracać przez Auckland.

Wyruszyliśmy więc do Bay of Islands przez Whangarei zaliczając po drodze co ciekawsze miejsca

Kilka przystanków dla rozprostowania kości:



Pierwszą wycieczką jaką sobie zrobiliśmy były Abbey Caves, czyli jaskinie Abbey. tylko że do samych jaskiń nie zeszliśmy. Może gdybyśmy nie mieli Lilianki to byśmy się pokusili a na dodatek nawet latarek nie mieliśmy ze sobą. Za to obeszliśmy sobie dookoła cały teren i podziwialiśmy niesamowite formacje skalne:

 Tu co prawda nie formacja ale za to ciekawe drzewo:)











Następny przystanek to AH Reed Kauri Park. Czyli lasek z kilkoma większymi drzewami Kauri, największą atrakcją jest tam spacer szczytami drzew, czyli rampą zbudowaną kilka dobrych metrów nad ziemią:




A na końcu trasy majestatyczny wodospad:


Na koniec zaleliśmy do samego Whangarei żeby obejrzeć kolejny wodospad, niestety nie udało się nam cyknąć fotek z pod wodospadu bo Lilianka zasnęła mi na rękach i nie miałam siły jej dźwigać całą drogę, ale zdjęcia są:

Jeszcze kilka fotek po drodze wieczorną porą:


I dotarliśmy na kemping w Russel


Dzień 4 Bay of Islands
Russell

Russel okazało się jednym z najbardziej malowniczych miejsc podczas naszych wakacji, na co z całą pewnością miała również wpływ przepiękna pogoda. 
W pierwszej kolejności postanowiliśmy się rozejrzeć po okolicy więc wjechaliśmy na najwyższe wzniesienie aby podziwiać widoki. Wisienką na torcie było również spotkanie z endemicznymi ptakami Nowej Zelandii: wekami.



A to jeden z najlepszych widoków w mieście. Oczywiście najlepiej w takim miejscu zrobić cmentarz a niech umarli też mają coś z życia...




Błękit nieba, lazur morza usianego setkami niewielkich wysepek i gorące słońce sprawiły że postanowiliśmy spędzić resztę dnia korzystając z pogody na plaży i po raz pierwszy w tym roku wskoczyliśmy do morza popływać.






Następnie zjedliśmy lekki posiłek w centrum miasteczka i wyruszyliśmy w dalszą drogę

Malownicza Paihia




Do Paihi dostaliśmy się promem i zaczęliśmy się oglądać za noclegiem. Zwiedziliśmy wszystkie kempingi i już nieco załamani standardem chcieliśmy się lokować na dość obskurnym polu namiotowym, ale postanowiliśmy jeszcze zajrzeć do informacji. I całe szczęście. Pani w okienku poleciła nam pojechać 15 km za Pahię na kamping nad rzeką. Nie mając nic do stracenia tak też zrobiliśmy i normalnie nam szczęki opadły jak dotarliśmy na miejsce.
Rzeka faktycznie była, kemping też tyle, że dokładnie na przeciwko wspaniałego huczącego wodospadu, z pięknymi palmami po których skakały papugi, z basenem, grillem i placem zabaw. A to wszystko w połowie ceny jaką płaciliśmy za noclegi do tej pory!!!

Nocleg na kempingu przy wodospadzie Hururu (Paihia)




Zanim poszliśmy spać wybraliśmy się jeszcze nad wodospad i dalej szlakiem wzdłuż rzeki. Szlak miał nas zabrać przez las namorzynowy, ale zaczynało się już ściemniać i nie doszliśmy tak daleko. Za to spotkaliśmy stado kormoranów układających się do snu:





To tyle z lasy namorzynowego

Noc upłynęła nam wspaniale przy jednostajnym szumie wodospadu

Dzień 5
Droga do wielkich drzew Kauri i las Kauri
Następnego dnia od razu ruszyliśmy na drugie wybrzeże. Po drodze zatrzymaliśmy się w czymś co ktoś śmiał nazwać muzeum puzzli a okazało się niewielką kolekcją łamigłówek i puzzli oraz sklepikiem, po środku niczego. Nie polecam i uważam  ze straciliśmy tylko czas i pieniądze bo oczywiście kupiliśmy Liliance grę, na szczęście się jej podoba i czasem sobie gra:)

A na drugim wybrzeżu w Opononi przywiał nas wspaniały widok na wydmy. Generalnie to tam po  drugiej stronie morza ludzie organizują sobie zjazdy po piachu na deskach:)



Zjechaliśmy też z głównej trasy do punktu widokowego żeby porobić lepsze zdjęcia. Tam kilka krótkich szlaków zabrało nas na skraj klifu. Widok na prawdę zapierał dech w piersiach, choć niestety pogoda zaczynała się powoli psuć.





Widok jak z Afryki

Niedługo po tym dojechaliśmy do lasu drzew Kauri i na nasz kemping w samym środku lasu. Tam za śmieszną opłatę wynajęliśmy sobie kabinkę, bo niestety pogoda całkiem się popsuła i zrobiło się za mokro na namiot. Przeczekaliśmy deszcz w ciepłym suchym pokoju, zajadając obiadek i oglądając papugi bawiące się za oknem, a gdy przestało padać wybraliśmy się obejrzeć największe drzewa Nowej Zelandii





Drzewa znajdowały się może 10 minut samochodem od naszego noclegu. Powoli zbliżał się wieczór i las był prawie pusty, tłumy zwiedzających odjechały. Pierwszym drzewem jakie zobaczyliśmy było Tane Mahuta (Pan Lasu), największe drzewo Nowej Zelandii. Olbrzym ma 13.7 metrów obwodu i 51,2 metra wysokości



Następnie 10 minut dalej znaleźliśmy 4 siostry czyli skupisko 4 masywnych drzew po czym dotarliśmy do Te Matua Ngahere, najstarszego drzewa w Nowej Zelandii i szczerze to po prostu zamilkliśmy na jego widok. Czegoś tak masywnego jeszcze nigdy nie widziałam. Ojciec Lasu bo tak tłumaczy się jego imię ma co prawda 'tylko' 30 metrów wysokości ale za to w obwodzie ma prawie 17 metrów


Z ciekawostek dodam jeszcze że w lesie spotkaliśmy 2 niewielkie grupy turystów i co najlepsze obydwie grupy stanowili Polacy. Jak na najdalej oddalone miejsce od Polski to dość duże zagęszczenie:) Widać że nasi rodacy również wolą unikać tłumów.

A tu taki 'maluszek'

Wróciliśmy do domku w samą porę przed deszczem:

Dzień 6
Muzeum Kauri i podróż do Auckland
W ostatni dzień przed powrotem do Auckland postanowiliśmy odwiedzić muzeum Kauri. Expozycja pokazuje jak wykorzystywano i obrabiano drzewa Kauri za czasów pionierskich, łącznie z całą maszynerią jaką do tego używano oraz przykładami wspaniałych mebli, w piwnicy muzeum znajdowała się również wspaniała wystawa bursztyny, i powiem wam że Bursztynowa komnata to się w Nowej Zelandii znajduje...









 Tak tylko żeby wyjaśnić, to są obwody drzew, dwa ostatnie są jedynie przekazami ludowymi ale pozostał są udokumentowane, z czego dwa to Tane Mahuta i Te Matua Ngahere

 Stolik na 12 osób z jednej deski:)







 To żeby pokazać prawdziwy rozmiar Te Matua Ngahere. W dzisiejszych czasach nie wolno stawać koło drzewa ponieważ na butach roznosi się jakiś straszny grzyb który zabija kauri przez korzenie, dlatego zdjęcia drzewom robi się a odległości kilku metrów



 Zdróffko




Największe drzewo figowe a Nowej Zelandii

Dzień 7 i 8 zwiedzanie Auckland

(zdjęcia jeszcze zamieszczę)

Dzień 9 powrót do domu
Przystanek w Matamata, zwiedzanie Hobbitonu:)