niedziela, 27 kwietnia 2014

Wielkanoc

Nadeszła jesień, czas więc na Wielkanoc!!!
Na prawdę ciężko mi przywyknąć do tej zamiany pór roku... Ale w sumie i tak nie było najgorzej bo pogoda całkiem ładna i na dodatek wzięłam sobie urlop z pracy więc spędziliśmy bardzo miły tydzień w domu z małymi wypadami na spacery po okolicach.
Jako ze w zeszłym roku nie obchodziliśmy wcale świąt bo pojechaliśmy  na wycieczkę do Coromandel to te święta były bardziej specjalne.
Wielkanoc więc całkiem się nam udała z tym tylko drobnym minusem że nie było święconki.
Niestety, święcone jest wyłącznie polską pogańską tradycją i tu żaden katolik nigdy nie słyszał o czymś podobnym. Tak więc połączywszy to z brakiem tradycyjnej wigilii na Święta Bożego Narodzenia tutejszy katolicyzm zupełnie mija się z tym co wyniosłam z Polski, jakby nie było Wigilia i Koszyczek to dwa najważniejsze wydarzenia w roku.... Ale i tak okazuje się że bez koszyczka tez się da i własny stroik na stół wystawiliśmy, jaj nagotowaliśmy i tez było dobrze. Na dodatek Lilianka skorzystała bo tutaj dzieciakom zajączek wielkanocny jajka czekoladowe przynosi w sobotę i trzeba ich szukać po kątach, więc mała miała super niespodziankę jak znalazła pierwsze jajko i prawie oszalała ze szczęścia zapełniając swój koszyczek. Do teraz zajada się tymi jajkami :)



Po śniadaniu jako, że pogoda była przepiękna wybraliśmy się na spacer po okolicznych pagórkach i tu niespodzianka... grzyby.  Najlepsze, że na grzyby chciałam jechać dzień wcześniej i tak jechałam że nie dojechaliśmy i w końcu poszliśmy na plażę i szczerze to już myślałam że nie nazbieramy nigdzie żadnych grzybków w tym roku a tu na takim zwykłym spacerze po farmach pod trzema sosenkami całą siatkę naciachalismy. Kilka metrów dalej pod dwoma sosenkami następną i jeszcze dalej w maleńkim lasku następną. Grzybów było tyle że jakbyśmy ich szukali to chyba byśmy nigdy nie wyszli  wiec ograniczyliśmy się tylko do zbierania tego co nam samo pod buty wchodziło. Generalnie to spacer był bardzo udany, widoczki wspaniałe i jeszcze bonus:):)




 Muchomorki giganty:):)





A to tak już z wieczorka takie tam Liliankowe zabawy. Mąka i oliwka dla dzieci - super mieszanka, świetnie pachnie i fajnie się tym bawi:):)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Idealny jesienny weekend

No i już oficjalnie nastała u nas jesień.
Pomimo, że kalendarzowo rozpoczęła się już półtorej miesiąca temu, jak do tej pory ciężko było sobie to uświadomić, biorąc pod uwagę nieustanne 25C i słońce, ale... od dwóch tygodni pada nam deszcz i znacznie się oziębiło (jest już tylko 19C:) No i oprócz tego tak jak w Polsce obchodzi się święto ziemniaka tak u nas w zeszły weekend mieliśmy festiwal dyni.
Tak więc postanowiłam wrzucić kilka zdjęć bo na prawdę fajnie się bawiliśmy. (Oczywiście Lilianka najlepiej).  Był konkurs na największą dynię, na najdłuższy obierek z jabłka, na najlepszego stracha na wróble. Był wyścig ślimaków i rzut dynią na odległość i do celu. Było wyławianie dyni z basenu koparką, przejażdżki na kucu i dmuchany zamek no i oczywiście kiełbaski z grilla:):)







Jakby nam przeżyć jesiennych było mało wybraliśmy się również na grzyby i co prawda tylko maślaków ale przytargaliśmy do domy 3 siatki:):)


niedziela, 6 kwietnia 2014

Nasi wierni fani (czyt. najbliższa rodzinka) przyparli mnie ostatnio do muru pytając: "czemu nic na blogu nie piszesz?" A więc szybko odpowiadam..... nie dzieje się nic ciekawego. Serio, żadnych wycieczek, ani porywów serca. Drobne zmiany i owszem są a więc pokrótce streszczę:

Najważniejsze to, że Chmielu dostał pracę... tylko nie ekscytujcie się za bardzo...;) Pracuje na telefon, czasem go wezmą a czasem nie, robi najgorszą czarną robotę: wylewa asfalt albo wyładowuje kontenery w porcie i co najlepsze za najniższą krajowa... mówiłam że nie ma się czym chwalić...  Na dodatek jestem własnie na całą te jego pracę chwilowo zła, bo nigdy mu nie powiedzą za wczasu co i jak i jak go w piątek naszym własnym autem wysłali 200 km stąd na wyładunek w porcie to  (choć miał wracać wczoraj) nie będzie go do wtorku. No i jestem uziemiona bez auta ani podstawowych produktów żywieniowych bo po zakupy mieliśmy jechać jak wróci. Jedyne co, to,że po mnie z roboty ktoś przyjedzie i auto służbowe mi dadzą.

Co do wizy rezydenckiej na razie sytuacje bez zmian, powoli załatwiamy dokumenty (nieszczęsne akty niekaralności z Polski i Irlandii) oraz nowy paszport Lilianki.

U mnie w pracy powoli się sytuacja poprawia, skończyłam szkolenie które niewiele mi dało, ale sama zaczynam wreszcie kapować o co a tym wszystkim chodzi. No i moja szefowa z niewiadomych powodów dość za mną przepada i nawet dość mi pomaga i co najlepsze obiecuje podwyżkę w Lipcu:)

Co do wypadów i wycieczek, to pogoda nam jakoś nie sprzyjała (w końcu idzie jesień, ale nie powiem w zeszły weekend coś tam porobiliśmy.
Mięliśmy jak co sobotę jechać z Lilianką na basen (zaczęliśmy znowu lekce pływania), tylko, że w piątek pozwoliłam się jej w aucie pobawić no i zrobiła nam Star Trecka i pozapalała wszystkie możliwe światełka, i tak też w sobotę auto nawet nie mruknęło.
Za to Janek (znajomy polak) zadzwonił, że ma dla nas drewno na opal za darmo, bo jego koledze zalegają drzewa na farmie. Przyjechał wiec po nas i zabrał do siebie. Spędziliśmy bardzo miłe popołudnie, Lilianka pobawiła się na ich trampolinie, zjedliśmy pizzę i pojechaliśmy po to drzewo a przy okazji nazbieraliśmy siatę orzechów włoskich. Jako, że Janek jest z zamiłowania myśliwym, to odwożąc nas do domu zapakował do auta strzelbę. No i trafiło się, że po drodze zauważyliśmy dzikie koziołki. Wróciliśmy więc do domu z drzewem na całą zimę, orzechami na ciasto i dwoma kozimi udami. (Własnie będę za chwile szukała przepisów jak to w ogóle przyrządzać).
Z kolei w niedzielę jak już udało się nam zapalić auto podjechaliśmy do muzeum technologii. W Nowej Zelandii każde chyba miasto ma przynajmniej jedno takie muzeum i w każdym znajduje się dokładnie to samo... sterta pordzewiałych gratów z przed epoki. Ale mieli kilka fajnych aut, z czego Liliance najbardziej podobały się auta straży pożarnej i gokart.