niedziela, 27 stycznia 2013

Zmieniamy mieszkanie
Jeszcze nie teraz ale już niedługo. Pewnie pisałam wcześniej że nasza landlordka sprzedaje dom i w związku z tym musimy się wyprowadzić. No więc szukaliśmy i szukaliśmy, głównie myszką po ekranie bo niestety wybór taki że szkoda gadać. Pomimo tego że mieszkamy tu już jakby nie było kilka miesięcy to i tak nie przyzwyczailiśmy się do tutejszych standardów mieszkaniowych a mieszkanie w czymś co w najlepszym wypadku można nazwać altaną nas nie satysfakcjonuje. Niestety na dodatek na lato ceny poszły w górę a standardy się nie poprawiły więc same zdjęcia w internecie nas zniechęcały. Tak czy siak zarejestrowaliśmy się w kilku agencjach i któregoś pięknego dnia wysyłałam z pracy fax z podaniem do jednej z nich. Na szczęście jak totalna lama nie mogłam sobie z tym faxem poradzić i Roxana (menagerka) musiała mi pomóc. A że jest z niej wścibskie i mało dyskretne babsko to na całą firmę się wydarła z pytaniem czy znowu szukamy domu?..... I wdzięczna jej jestem za to, bo dzięki temu go znaleźliśmy.
Stała akurat koło nas znajoma która właśnie wykopała z domu poprzednich najemców i szukała kogoś zaufanego. (Poprzedni lokatorzy zrobili jej tam straszny syfff włącznie z powybijanymi oknami i dziurami w drzwiach) No i tak się zgadałyśmy, zaprosiła nas żebyśmy go sobie obejrzeli no i zdecydowaliśmy się od razu. Nie mówię że dom jest jakieś cudo, co to to nie. Typowy dom zbity z dech ale ma kilka plusów. Po pierwsze ma izolację w ścianach i dachu, po drugie cały wyłożony jest w środku boazerią (jakby nie było dodatkowa warstwa izolacyjna), ma tak samo 3 sypialnie jak nasz ale ma nową kuchnię i będzie miał nową łazienkę i pralnię, nowe dywany i zasłony. W ogródku jest dużo miejsca do sadzenia warzyw i Joana (tak ma na imię) jest fanatyczką ogrodnictwa więc już nam zasadziła co nieco. Poza tym ogródek jest podzielony na dwie sekcje jedna z przodu i druga z tyłu domu, obie w pełni ogrodzone i zamykane (czyli Lilianka będzie mogła latać po trawie do woli bez nadzoru:). Dom jest w wyśmienitej lokalizacji - 15 minut na nogach od pracy (czyli zaoszczędzimy dobre $100 miesięcznie na benzynie) i 200 metrów od plaży (podobno w nocy słychać morze:). No i generalnie ta dzielnica jest dużo lepsza, będziemy mieli fajny spacerniak nad rzeczką i co najważniejsze słynny Coastal Walk prawie u drzwi. Coastal Walk to ta alejka która prowadzi przez 12 kilometrów nabrzeżem od Bell Block do samego portu w New Plymouth (pisałam o niej na samym początku bloga). A i jeszcze będę miała jakieś 300 metrów do klubu bokserskiego do którego od 2 tygodni chodzę na fitness-boks. (Zabieram się za siebie bo od 2 lat siedzę na tyłku:) A wracając do domu to ma on jeszcze duży garaż i super rzecz - osobny maleńki domek dla gości:) (Albo dla Chmiela jak mi podpadnie, hihihi:)
No co do ceny to od razu jej powiedziałam ile możemy dać i mimo tego, że w tej dzielnicy za taki dom mogłaby spokojnie 50 do 100 dolarów więcej tygodniowo dostać oddaje nam go za 250. Jak sama powiedziała woli wynająć taniej komuś zaufanemu niż drogo byle komu i potem ponosić takie koszty jak teraz (musi wymienić wszystkie dywany, wstawić 2 nowe okna i 2 pary drzwi, wymienić całą ubikacje bo starą rozbili, załatać dziury w tarasie no i jeszcze sprzątanie - całą boazerię musiała prawie, że skrobać bo taka brudna była).
Tak więc wyprowadzamy się 16-go lutego.
Coraz częściej sprawdza się nam stare nowozelandzkie powiedzenie że 'wszystko co dobre przyjdzie we właściwym czasie'.

sobota, 26 stycznia 2013

Wypad na latarnie morską.
Opisywać raczej nie ma co, wsiedliśmy 2 tygodnie temu w auto i pojechaliśmy w przeciwną stronę niż zwykle. No i teraz już wiem czemu nas tam wcześniej nie było... bo nic tam nie ma :/ Na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów jedyna atrakcja była latarnia morska, a tak to same farmy, pola i poza wulkanem to w sumie płasko, ale zdjęcia zamieszczam bo i tak malowniczo:)









Tawhiti Museum

Muzeum Tawhiti w Hawerze

Mniej więcej w ty samym czasie kiedy byliśmy w jaskiniach (może kilka dni wcześniej) wybraliśmy się do miasteczka po drugiej stronie wulkanu i odwiedziliśmy polecane przez wszystkich muzeum.
Generalnie to muszę przyznać że różni się ono zdecydowanie od muzeów do których jesteśmy przyzwyczajeni.
Opowiada ono historię Nowej Zelandii od przybycia na nią pierwszych ludzi ( Maorysów którzy przypłynęli na nią z wysp Pacyfiku)  poprzez wojny między klanami, przybycie pierwszych białych ludzi oraz ich wpływ na dalsze wojny między klanami (generalnie Maorysi byli bardzo bojowo nastawioną nacją), kolonizację wysp przez białych, rozwój przemysły i technologii aż do czasów współczesnych. Nie znajdziecie tu jednak zbyt wielu artefaktów muzealnych czy obrazów. Za to całe mnóstwo misternie wykonanych makiet oraz figurek ludzi i zwierząt. Maleńkie figurki prezentują sceny z czasów dawnych, natomiast żywych rozmiarów manekiny wykonują codzienne prace nowozelandzkich pionierów. W dalszej części muzeum można obejrzeć wszelkiego rodzaju urządzenia które miały znaczący wpływ a rozwój kraju takie jak traktory na gąsienicach i dojarki...
Poza samym muzeum na obiekcie była też dostępna przejażdżka lokomotywą, przeprawa łódką po jaskini wielorybników i kafejka. Skorzystaliśmy z dwóch ostatnich. Jaskinia wielorybników została wykonana w całości przez ludzi ze studia filmowego Weta (władca pierścieni, awatar) a zajęło im to 5 lat. Przeprawa zajmuje jakieś 5 minut a kolejnym misternie wykonanym manekinom i sprzętom prezentującym historię handlu pomiędzy białymi i Maorysami wrażenia dodają efekty dźwiękowe i świetlne z finałowym wystrzałem z armaty skierowanej prosto w naszą łódkę:). Niestety zdjęć mamy niewiele, ale co mamy pokażemy:








Podobno twarzy manekinom użyczyli prawdziwi mieszkańcy Hawery:)


Po kawce i ciastku w muzeum skoczyliśmy jeszcze obejrzeć samo miasteczko - oczywiście nic ciekawego, typowy dziki zachód -ciekawe ale nowozelandzkie miasteczka często wyglądają jak żywcem wyjęte z dzikiego zachodu:

To zdjęcie akurat nie nasze ale tak dla zobrazowania tego o czym piszę:)

A wracając do tematu, to jako że nie było co oglądać poszliśmy do parku i przynajmniej Lilianka miała trochę uciechy:):)











sobota, 5 stycznia 2013

Jaskinie Waitomo



Pogoda na ten weekend zapowiadała się pięknie więc postanowiliśmy wybrać się gdzieś dalej. W planie mieliśmy zrobienie ogromnego koła od nas wybrzeżem do małego miasteczka Mokao, stamtąd do wodospadu a następnie powrót autostradą "Zapomnianego Świata" z postojami w miejscach widokowych i na ścieżkach spacerowych. Wszystko jednak zmieniło się na trasie bo gdy dojechaliśmy do Mokao Chmielu stwierdził że jesteśmy całkiem blisko przepięknych jaskiń z których ulotki oglądaliśmy dzisiaj i kazał mi jechać dalej. Po jakichś 50 km nie wytrzymałam i spytałam ile jeszcze drogi nam zostało na co Chmielu po kilku sekundach intensywnego wpatrywania się w mapę stwierdził, że przejechaliśmy już chyba 2/3. Tak więc po 160km dotarliśmy do Waitomo Caves.
Zatrzymaliśmy się w kawiarence gdzie można też było kupić bilety i z całą kupa ulotek usiedliśmy przy ciastku i kawie. Jako, że tak na prawdę nie wiedzieliśmy zbyt wiele o tych jaskiniach z niemałym zdziwieniem przeczytaliśmy że rozciągają się one na głębokość do 1 km a na długość to nawet nie wiem ile ale dobre kilka razy więcej. Opcji zwiedzania tez było całe mnóstwo z czołową przygodową 5 godzinną wyprawą obejmującą zjazdy na linach i spływ (wpław na kołach ratunkowych) podziemną rzeką oraz wspinaczki podziemnymi wodospadami. Niestety ta jakże kusząca wersja nie wchodziła w rachubę z Lileczką na plecach więc zdecydowaliśmy się na wersje piesze w dwóch jaskiniach: Pierwsza wapienna ze stalaktytami i druga z przeprawą łódką i Glow-wormsami, czyli świecącymi robakami. Dosłownie świecącymi, przepływając łódką po podziemnej rzece w zupełnej ciemności podziwialiśmy sufit usiany setkami skrzących kropeczek, jak nocne niebo usiane gwiazdami. Wyglądały przepięknie a Chmielu miał niezaprzeczalne szczęście przepłynięcia się w sumie 4 razy. Gdy weszliśmy do jaskini i zgasły światła Lileczka trochę się przestraszyła i zaczęła płakać  Jako, że spływ łódką miał się odbywać w zupełniej ciszy przewodniczka doradziła Chmielowi żeby poczekał z Lileczką na zewnątrz i potem się zamienimy a on pójdzie z następna grupa. Tak też zrobiliśmy z tym, że Chmielu poszedł poczekać na nas na przystani gdzie kończyła się trasa łodzią. Przewodniczka wysadziła więc mnie z grupą i zaprosiła Darka samego do łódki bo wracała po następną grupę.  Poczekałam więc na Chmiela na przystani a gdy wracał (czyli już zaliczył podróż w tę i z powrotem) z łodzi dało się słyszeć płacz innego dziecka więc przewodniczka wysadziła mamę z maleństwem i zabrała ich na gratisową przejażdżkę jako że efekt zupełnej ciszy był tu znaczący. Dodam jeszcze że Chmielowi dostało się miejsce leżące na tyle łodzi grrr:):) Nie muszę chyba mówić jak ucieszony wyszedł z łódki:):). Jaskinia ze stalaktytami i formacjami też była piękna i niestety tylko z niej mamy zdjęcia bo w tej z robalami był zakaz używania aparatów:(

 Lilianka w kawiarni czeka aż rodzice zdecydują do której jaskini iść



 Przed jaskiniami wybraliśmy się na pół godzinki na spacer w terenie i zobaczcie jakie fajne miejsce odkryliśmy.
 (Lilianka trochę się bała;)


A to już w jaskini: Jaskiniowe Wety















Jedyne miejsce gdzie można było robić zdjęcia. Chmiela nie widać bo jeszcze leży na dnie łodzi:):)

piątek, 4 stycznia 2013

Święta

Tak jak obiecałam teraz będzie o Świętach.
Niewiele jest w tej kwestii do opisania, ponieważ tutejsze święta koło prawdziwych Świąt nie stały. Wiem, że i w Polsce śniegu nie było, ale tutaj przy temperaturze 23C i słońcu nie czuć w ogóle atmosfery świątecznej. W telewizji puszczają Świąteczne reklamy, ludzie latają po sklepach jak opętani, w pracy wieszają płatki śniegu na suficie a tu przecież zima dopiero co się skończyła. Na prawdę dziwaczne śpiewać o białych świętach i rozkładać renifery i sanie w ogródku kiedy na zewnątrz upał. I dziwi mnie trochę że zamiast sobie swoją letnio-wakacyjną wersję świąt wymyślić to oni na upartego kopiują północne zwyczaje. A przecież dało by się bo mają swoje tradycyjne świąteczne Pohutukawy. Czyli piękne drzewa kwitnące na czerwono na Boże Narodzenie i pikniki na plaży pod udekorowanymi lampkami drzewami - tez urocze, tylko po co na siłę rozrzucać dookoła watę????
 Mała Pohutukawa u nas w ogródku

A tu z bliska

No a co do naszych Świąt to w kwestii Wigilii postanowiliśmy trzymać się Polskiej tradycji i po prostu ją zorganizowaliśmy. Widzicie tutaj nikt nie obchodzi Wigilii i jest to normalny dzień pracujący. My wzięliśmy wiec po dniu niepłatnego urlopu (bo płatny nam jeszcze nie przysługuje), zaprosiliśmy Roniego i Migumi z Saną i zasiedliśmy wspólnie do międzynarodowej Wigilii. Niestety z polskimi potrawami był problem. Grzybów suszonych tu nie znają (zdaje się że można sobie nazbierać grzybów ale oni o tym nie wiedzą i nie praktykują a że dopiero wczesne lato to jakoś nie trafiliśmy na żadne na naszych wycieczkach - z resztą o tym jeszcze napisze), kapusty kiszonej tez nie znają  o ogórkach kiszonych tez nie słyszeli no i oczywiście karpia nie uraczysz. Dobrze, że chociaż udało mi się kupić rolmopsy za jedyne $11 za mały słoik i że zawczasu ukisiliśmy własną kapuchę (o ogórkach zapomnieliśmy). Tak więc na Wigilii mieliśmy pierogi z mięsem i kapustą (swoją drogą pyszne), sałatkę śledziową z buraczkiem, rybę hoki -( nie wiem co to za ryba po polsku) przyrządzoną po chińsku, kapustkę z fasolą, barszcz czerwony i krokiety z pieczarkami i kapustą. Do tego Japońskie sushi i niemieckie sznycle, sernik i ciasto jabłkowe:) A no i żeby nie było Chmielu po raz pierwszy od pół roku zakupił flaszeczkę i razem z Ronim zrobili się na cacy:):) (Roni gorzej bo nie pił 2 lata) hehehe:):)

Zdjęć niestety na razie nie mam bo Migumi miała swój superzarąbisty lustrzany aparat i cykała zdjęcia więc ja nawet nie wyciągałam mojego grata a, że właśnie się przeprowadzili na Południową Wyspę to trochę poczekamy na fotki. Ale generalnie to było na prawdę fajnie i strasznie mi żal że nasi jedyni prawdziwi znajomi właśnie odjechali.

No ale kontynuując o Świętach w pierwszy dzień wybraliśmy się oczywiście Nowozelandzkim zwyczajem na plażę. Podjechaliśmy z 20 km do Urenui, fajna mieścinka u ujścia rzeki z dużym polem campingowym i baaardzo płytką plażą. Na dodatek był odpływ wiec dla Lilianki po prostu był raj bo wody miała po kolana w najgłębszym miejscu:):) A że w prezencie świątecznym dostała od nas wiaderko, łopatkę i foremki to pluskała się chyba z 2 godziny a i ja zanurzyłam wreszcie dupcię w morzu i co prawda brzuchem po piasku ale niby popływałam. No i nie byłabym sobą jakby mi się nie włączył syndrom zbieracza i wyłowiłam całą siatę przegrzebków które ugotowałam na obiad na następny dzień. Szczerze to albo moje chamskie podniebienie tego przysmaku nie docenia albo po prostu ludziska przesadzają, albo ja nie umiem tego cholerstwa gotować ale były niesmaczne. Zrobiłam zgodnie z przepisem, na masełku z cebulką, białym winem i śmietaną ale wyszły za słone i po prostu waliły glonem. Może ktoś zna sprawdzony przepis??
A tu jak zwykle kilka zdjęć:

Lilianka przymierza kostium kąpielowy:)


 Z tatą

 Z mamą:)