poniedziałek, 12 czerwca 2017

Przyjazd Rodzinki. Punakaiki, Hokitika, Fox Glacier

Następnym punktem programu na naszej wycieczce były Punakaiki, Pancake Rocks czyli Naleśnikowe skały. Jak już wspomniałam kiedyś w jednym z poprzednich postów, w Punakaiki, skały to jedno, ale to co mi i Chmielowi podoba się tam nawet bardziej to szlak wzdłuż rzeki Pororari. Niezwykle dramatyczny spacer w kanionie wyrzeźbionym w wapieniu gdzie nad głową macie subtropikalną dżunglę i masywy skalne.
No i sam fragment drogi pomiędzy Westport a Greymouth, uważany jest na Świecie za jedno z najpiękniejszych wybrzeży.


Czy ktoś jeszcze widzi tu twarz?

Na wycieczkę wzdłuż Pororari postanowiliśmy wynająć kajaki, żeby jeszcze lepiej nacieszyć sobie oczy widokami.


 I faktycznie z samej rzeki, efekt jest jeszcze lepszy. Wynajęliśmy dwa kajaki i Jacek oraz Chmielu z Lilianką wyruszyli w górę rzeki po czym mieliśmy się zmienić i ja z Gosią miałyśmy wrócić z powrotem do zatoki. I tak pewnie by było, gdyby nie fakt, że po deszczach z ostatnich dni poziom rzeki podniósł się dość znacząco i nie dość, że wiosłowanie zajęło chłopakom niespodziewanie długo, to jeszcze w połowie szlaku utknęli tak że nie dali rady płynąć dalej. 
W normalnych warunkach, jest kilka miejsc gdzie kajaki trzeba przenieść, ponieważ zwalone pnie i skały nie pozwalają dalej płynąc. Tym razem jednak prąd był na tyle silny że przeniesienie kajaków okazało się niemożliwe. Z tym, że mój mąż nie zna słowa niemożliwe i z pełną wiarą we własne siły podjął się brawurowej walki z prądem, co zakończyło się równie brawurową wywrotką i prawie utopieniem kajaka. Na szczęście przed podjęciem się tej próby przezorny Chmielu zostawił Liliankę oraz zapasy elektrolitów (czytaj piwa:) na brzegu:)



No efekty jak z King Konga normalnie!!





Jak widać rzeka trochę rwąca, w normalnych warunkach ten potoczek sięga do kostek

A tu chyba Chmielu po ciężkiej walce z prądem:)

Tak więc po popisie Chmiela, Gosi całkiem przeszła ochota na kajakowanie, a na dodatek chłopaki nie mogli znaleźć dogodnego miejsca po naszej stronie rzeki na zamianę, więc ostatecznie wróciliśmy prawie do początku szlaku gdzie wreszcie zamieniłam się miejscami z Jackiem i chwilkę sobie popływałam. Dodam jeszcze, że radzę uważać pływając pod drzewami, bo Liliance na czoło wskoczył masywny choć niegroźny pająk.

A wieczorkiem tego samego dnia skoczyliśmy jeszcze popatrzeć na naleśnikowe skały. 



W Punakaiki zostaliśmy na jedną noc, a na następny dzień zaplanowany mieliśmy przejazd do Franz Josef. Zaplanowałam też przystanek w Hokitika. Tu mieliśmy zamówiony wcześniej 'spacer w koronach drzew". Niedaleko od Hokitiki znajduje się coś na kształt rezerwatu lub parku, gdzie wybudowano platformę na wysokości koron drzew. Przejście nie jest drogie (zwłaszcza jeśli się zamówi przez 'Book Me") i komuś kto jest szczególnie zainteresowany Nowozelandką florą może się nawet spodobać. Nas szczególnie nie urzekła ta historia, popatrzyliśmy na widoczki, poczytaliśmy trochę tablic informacyjnych i wypiliśmy kawkę, ale generalnie to więcej chyba nie będziemy tam nikogo zabierać, bo znamy dużo ciekawsze miejsca w NZ. 



Tak więc ruszyliśmy w dalszą drogę do Franz Josef, gdzie zaplanowałam kilka atrakcji: gorące źródła, noktuarium no i przede wszystkim spacer pod lodowiec. 
A więc tak, noktuarium trochę nas zawiodło. Co prawda udało się nam zobaczyć kiwi, ale oprócz kiwi nic innego tam nie było, więc następnym razem (dla tych chętnych którzy odwiedzą nas w przyszłości) obejrzymy sobie kiwi w Queenstown, gdzie mają więcej różnych nowozelandzkich ptaszorów.
Na gorących źródłach było fajnie, zaciszne, ocienione pangami i roślinnością, klimatyczne.
No ale najciekawszy z wszystkiego był lodowiec. Spacer do lodowca przez wyżłobioną przez tony lodu dolinę zajął nam około godziny. Widoki surowe, ale przepiękne. początek szlaku prowadzi przez busz, tu udało się nam wypatrzyć Nowozelandzkie orchidee, mówię wypatrzyć, bo kwiatuszki nie dość że zielonkawe to jeszcze wielkości kilku milimetrów



Widoczek z punktu widokowego na dolinę




Pod sam lodowiec niestety nie da się podejść bez wykupienia wycieczki z przewodnikiem, które niestety są dość kosztowne, ze względu na to, że na lodowiec wylatuje się śmigłowcem. Ale podchodzi się wystarczająco blisko żeby poczuć ogrom i siłę takiej masy lodu. Jednak wizyta pod lodowcem pozostawiła we mnie głównie uczucie żalu nad tym w jak zastraszającym tempie lodowiec się kurczy. Na punkcie widokowym znajdują się tablice informacyjne mówiące o tym jak długi był lodowiec jeszcze kilka lat temu, można nawet porównać zdjęcia z poprzednich lat i efekt wcale nie wywołuje miłego uczucia.
No a co do tego helikoptera, to nie powiem, bo mimo ceny wycieczkę wykupiliśmy dla Chmiela i Jacka. Zabrali chłopaków, dali im kurtki i raki i cały sprzęt potrzebny do spaceru po lodowcu, zaprowadzili ich pod helikopter... No Chmielu i Jacek do tej por wspominają zapach spalin spod helikoptera, z tym że na zobaczeniu helikoptera wycieczka się skończyła, bo nastąpiło nagłe załamanie pogody na lodowcu i niestety nigdzie nie polecieli. I może to dobrze bo po poprzednią grupę wysyłali helikopter ratunkowy żeby ich ściągnął z lodowca....


Jacek gotowy na zdobycie lodowca:)

Niestety pogoda nie dopisywała nam na całej wycieczce, jak widać pod spodem, dużo chmur, no i zimno też się zrobiło. Tutaj widok z kempingu na którym wynajęliśmy sobie domek.



poniedziałek, 5 czerwca 2017

Przyjazd rodzinki. Wyprawa Poudniowa wyspa. bullers Bridge, Karamea i Westport

Najważniejszą częścią przyjazdu dziadka Jacka i babi Gosi do Nowej Zelandii była objazdówka po Południowej Wyspie. Cały harmonogram, noclegi i atrakcje rozplanowałam sobie już na długo przed ich przyjazdem. 

Pierwszą częścią programu była Karamea. Dojazd podzieliliśmy sobie na kilka części ze względu na czas podróży i odległość. Główny postój zaplanowałam w Bullers Bridge. Mimo, że przejeżdżaliśmy tamtędy a Chmielem już wiele razy, nigdy jeszcze się tam nie zatrzymywaliśmy więc trochę nie mogłam się doczekać. Kilka osób wspominało, że warto się tam zatrzymać i zapłacić kilka dolarów za przejście mostem wiszącym. I faktycznie most wiszący jedyny w swoim rodzaju, podobno najdłuższy taki w Nowej Zealndii, liczy sobie ponad 100 metrów. Faktycznie komuś z lękiem wysokości albo komuś kto jeszcze nie miał przyjemności chodzić po moście wiszącym, możne podnieść adrenalinę:) Lilianka była zachwycona, Chmielu również, z ta różnicą, że jemu największą przyjemność sprawiało rozhuśtywanie mostu co mnie i Gosię przyprawiało o niewielkie palpitacje:)




Spacerek po okolicy

Artefakty z dawnych lat

Dalsza cześć podroży upłynęła nam spokojnie, niewielki postój w Westport na zakupy i wreszcie dotarliśmy do Karamei. 
Tu czekał na nas niewielki 2 sypialniany domek który zarezerwowałam przez 'book a bach' czyli domy 'letniskowe'do wynajęcia, z tą różnicą że tutejsze domy letniskowe nie różnią się niczym od zwykłych domów... najlepsze chyba rozwiązanie na noclegi w NZ dla większej grupy.
W Karamei zostaliśmy na trzy nocki, pogodę mieliśmy w kratkę. Z reszta cały wyjazd, a właściwie całe nasze lato w tym roku było raczej kiepskie. Na szczęście jeden dzień nawet się nam udał i wybraliśmy się do Scotts Beach na początku Heaphy track

Most wiszący nad Kohaihai River



Ścieżka przez las deszczowy w drodze do Scotts Beach









Punkt widokowy w połowie drogi do Scotts beach




A tu już plaża Scotts Beach i jak zawsze na zachodnim wybrzeżu imponujące fale. Zachodnie wybrzeże jest jedyne w swoim rodzaju i nie da się go pomylić z niczym innym, jest... dzikie i morze tez jest tu zawsze wzburzone. Na większości plaż obowiązuje zakaz pływania a nawet gdyby go nie było to i tak nie sądzę że znalazłoby się wielu śmiałków na wejście do tej kipieli (no oczywiscie poza Chmielem...)









Wracając z Heaphy track zatrzymaliśmy się jeszcze na piknik na plaży przy parkingu, tu podziwialiśmy dzikie fale. Mnie te fale po prostu hipnotyzują, kiedy morze zbliża się i rośnie w oczach tak jakby miało mnie za chwilę połknąć. Takie fale są tylko na West Coast.
Dzieciaki, dziadek i Chmielu zaczęli się bawić w uciekanie przed falami, zabawę generalnie bezpieczną w innych miejscach, tu jednak trochę ryzykowną, gdyż plaza schodzi no morza pod bardzo stromym kątem, czyli że jeśli się nie zdąży uciec to morze może nieźle zmoczyć, i to wcale nie po kostki tylko po pas a jeszcze i wciągnąć też może. No i co tu dużo mówić, tak się bawili że w pewnym momencie fala ich zaskoczyła i nie kto inny jak Lilianka została zalana... po sam kark dosłownie....dzięki dziadku Jacku!!! Na szczęście do domu było nie daleko więc Chmielu przywiózł nam ubrania na zmianę i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę:)


Tu jako dowód, Lilianka na golasa w samej mojej bluzie:) Z reszctą Amelci tez nie ominęło bo jedna fala doszła aż do naszego pieńka i trochę jej też kostki pomoczyła:):)












Po Heaphy track zabraliśmy naszych gości do Oparara Basin, pokazać im słynne skalne łuki.
W poprzednim poście wspomniałam o głębokiej wiedzy z zakresu dendrologii naszych gości i klasyfikacji Nowozelandzkich lasów. Otóż ten las został przez nich zaklasyfikowany do kategorii 'Misiaty Las' :):) Z resztą oceńcie sami, moim zdaniem coś w tym jest:







Więc przez taki 'misiaty las' właśnie doszliśmy do Oparara Arch. Jak widać pogoda zaczynała się nam już powoli psuć więc oglądanie Moira Gate zostawiliśmy sobie na następny dzień


Tu juz masywna Oparara Arch, i znów to wrażenie że coś wielkiego zaraz może ci spaść na głowę... Szkoda że zdjęcia nie oddają ogromu tego miejsca.

Następnego dnia, mimo niewielkiego deszczu wróciliśmy obejżeć Moira Gate. Jedną z rzeczy na które nasi goście zwrócili uwagę był niezwykły kolor rzeki. Jest ona bowiem brązowa, ale przejrzysta jak mocna herbata. Otóż kolor ten zawdzięcza podobno niektórym tutejszym roślinom które rozkładając się wypuszczają garbniki które przenikając do wody zabarwiając ją na brązowy, tudzież rdzawy kolor. 
Tak, woda w Nowej Zelandii to kolejna rzecz które zasługuje na osobną klasyfikację tym razem ze względu na niezwykłą kolorystykę, o czym przekonać się może każdy kto chociaż raz wybrał się w nasze tereny wulkaniczne. Choć nie tylko wulkany i siarka zabarwiają nasze wody, również lodowce o czym będzie w kolejnych postach








Po takich atrakcjach wróciliśmy do domku a dziadek Jacek zafundował nam przepyszny gulasz i placki ziemniaczane.... jeden z wielu bonusów goszczenia rodzinki z Polski...pyszne jedzonko:):)

A tu dziadek Jacek nie mógł się nadziwić że cytryny rosną na drzewach a nie w sklepie:):), Dobra  żarcik, ale nie często udaje się w Polsce skoczyć do ogródka po cytrynkę do herbatki, jak po szczypiorek na kanapki w lecie:):)


A tu jeszcze kilka fotek strzelonych przez Chmiela. My nie mieliśmy odwagi wybrać się z domu o zmroku ze względu na niezwykle krwiożercze muchy piaskowe. Jak widać nawet się wypogodziło, co jak wytłumaczyła nam pani w lokalnym sklepie, jest swoistym fenomenem w Karamei, często właśnie pod wieczór słonko wychodzi tam nawet w bardziej deszczowe dni



Jak wcześniej wspomniałam, w Karamei zostaliśmy na 3 noce a następnie ruszyliśmy w stronę Punakaiki, zahaczając jeszcze o plażę w Tauranga Bay i kolonię fok na Cape Foulwind (Westport).
Tauranga Bay jest kolejną, niesamowitą i typową dla Westcoast plażą na której można siedzieć godzinami zapatrzonym w hipnotyzująca morze. A jako bonus można tez niemalże z ręki pokarmić zawsze głodne Weki, z czego najbardziej cieszyła się Amelcia:)