Następnym punktem programu na naszej wycieczce były Punakaiki, Pancake Rocks czyli Naleśnikowe skały. Jak już wspomniałam kiedyś w jednym z poprzednich postów, w Punakaiki, skały to jedno, ale to co mi i Chmielowi podoba się tam nawet bardziej to szlak wzdłuż rzeki Pororari. Niezwykle dramatyczny spacer w kanionie wyrzeźbionym w wapieniu gdzie nad głową macie subtropikalną dżunglę i masywy skalne.
No i sam fragment drogi pomiędzy Westport a Greymouth, uważany jest na Świecie za jedno z najpiękniejszych wybrzeży.
Czy ktoś jeszcze widzi tu twarz?
Na wycieczkę wzdłuż Pororari postanowiliśmy wynająć kajaki, żeby jeszcze lepiej nacieszyć sobie oczy widokami.
I faktycznie z samej rzeki, efekt jest jeszcze lepszy. Wynajęliśmy dwa kajaki i Jacek oraz Chmielu z Lilianką wyruszyli w górę rzeki po czym mieliśmy się zmienić i ja z Gosią miałyśmy wrócić z powrotem do zatoki. I tak pewnie by było, gdyby nie fakt, że po deszczach z ostatnich dni poziom rzeki podniósł się dość znacząco i nie dość, że wiosłowanie zajęło chłopakom niespodziewanie długo, to jeszcze w połowie szlaku utknęli tak że nie dali rady płynąć dalej.
W normalnych warunkach, jest kilka miejsc gdzie kajaki trzeba przenieść, ponieważ zwalone pnie i skały nie pozwalają dalej płynąc. Tym razem jednak prąd był na tyle silny że przeniesienie kajaków okazało się niemożliwe. Z tym, że mój mąż nie zna słowa niemożliwe i z pełną wiarą we własne siły podjął się brawurowej walki z prądem, co zakończyło się równie brawurową wywrotką i prawie utopieniem kajaka. Na szczęście przed podjęciem się tej próby przezorny Chmielu zostawił Liliankę oraz zapasy elektrolitów (czytaj piwa:) na brzegu:)
No efekty jak z King Konga normalnie!!
Jak widać rzeka trochę rwąca, w normalnych warunkach ten potoczek sięga do kostek
A tu chyba Chmielu po ciężkiej walce z prądem:)
Tak więc po popisie Chmiela, Gosi całkiem przeszła ochota na kajakowanie, a na dodatek chłopaki nie mogli znaleźć dogodnego miejsca po naszej stronie rzeki na zamianę, więc ostatecznie wróciliśmy prawie do początku szlaku gdzie wreszcie zamieniłam się miejscami z Jackiem i chwilkę sobie popływałam. Dodam jeszcze, że radzę uważać pływając pod drzewami, bo Liliance na czoło wskoczył masywny choć niegroźny pająk.
A wieczorkiem tego samego dnia skoczyliśmy jeszcze popatrzeć na naleśnikowe skały.
W Punakaiki zostaliśmy na jedną noc, a na następny dzień zaplanowany mieliśmy przejazd do Franz Josef. Zaplanowałam też przystanek w Hokitika. Tu mieliśmy zamówiony wcześniej 'spacer w koronach drzew". Niedaleko od Hokitiki znajduje się coś na kształt rezerwatu lub parku, gdzie wybudowano platformę na wysokości koron drzew. Przejście nie jest drogie (zwłaszcza jeśli się zamówi przez 'Book Me") i komuś kto jest szczególnie zainteresowany Nowozelandką florą może się nawet spodobać. Nas szczególnie nie urzekła ta historia, popatrzyliśmy na widoczki, poczytaliśmy trochę tablic informacyjnych i wypiliśmy kawkę, ale generalnie to więcej chyba nie będziemy tam nikogo zabierać, bo znamy dużo ciekawsze miejsca w NZ.
Tak więc ruszyliśmy w dalszą drogę do Franz Josef, gdzie zaplanowałam kilka atrakcji: gorące źródła, noktuarium no i przede wszystkim spacer pod lodowiec.
A więc tak, noktuarium trochę nas zawiodło. Co prawda udało się nam zobaczyć kiwi, ale oprócz kiwi nic innego tam nie było, więc następnym razem (dla tych chętnych którzy odwiedzą nas w przyszłości) obejrzymy sobie kiwi w Queenstown, gdzie mają więcej różnych nowozelandzkich ptaszorów.
Na gorących źródłach było fajnie, zaciszne, ocienione pangami i roślinnością, klimatyczne.
No ale najciekawszy z wszystkiego był lodowiec. Spacer do lodowca przez wyżłobioną przez tony lodu dolinę zajął nam około godziny. Widoki surowe, ale przepiękne. początek szlaku prowadzi przez busz, tu udało się nam wypatrzyć Nowozelandzkie orchidee, mówię wypatrzyć, bo kwiatuszki nie dość że zielonkawe to jeszcze wielkości kilku milimetrów
Widoczek z punktu widokowego na dolinę
Pod sam lodowiec niestety nie da się podejść bez wykupienia wycieczki z przewodnikiem, które niestety są dość kosztowne, ze względu na to, że na lodowiec wylatuje się śmigłowcem. Ale podchodzi się wystarczająco blisko żeby poczuć ogrom i siłę takiej masy lodu. Jednak wizyta pod lodowcem pozostawiła we mnie głównie uczucie żalu nad tym w jak zastraszającym tempie lodowiec się kurczy. Na punkcie widokowym znajdują się tablice informacyjne mówiące o tym jak długi był lodowiec jeszcze kilka lat temu, można nawet porównać zdjęcia z poprzednich lat i efekt wcale nie wywołuje miłego uczucia.
No a co do tego helikoptera, to nie powiem, bo mimo ceny wycieczkę wykupiliśmy dla Chmiela i Jacka. Zabrali chłopaków, dali im kurtki i raki i cały sprzęt potrzebny do spaceru po lodowcu, zaprowadzili ich pod helikopter... No Chmielu i Jacek do tej por wspominają zapach spalin spod helikoptera, z tym że na zobaczeniu helikoptera wycieczka się skończyła, bo nastąpiło nagłe załamanie pogody na lodowcu i niestety nigdzie nie polecieli. I może to dobrze bo po poprzednią grupę wysyłali helikopter ratunkowy żeby ich ściągnął z lodowca....
Jacek gotowy na zdobycie lodowca:)
Niestety pogoda nie dopisywała nam na całej wycieczce, jak widać pod spodem, dużo chmur, no i zimno też się zrobiło. Tutaj widok z kempingu na którym wynajęliśmy sobie domek.




























































