wtorek, 28 lutego 2017

Przyjazd rodzinki, wycieczka do Malborough Sounds Listopad 2016


Nareszcie nadszedł czas na opisanie drugiego najważniejszego wydarzenia roku 2016!! (Po moim przyjeździe do Polski;) 
Wyczekiwany od pięciu lat przyjazd rodziny do Nowej Zelandii!!!
Jako pierwszy, na ten wiekopomny krok odważył się mój dzielny tata z narzeczoną Małgosią:):) Rok rozmów i przygotowań, zakończony miesięcznym, niezapomnianym (mamy nadzieję) pobytem w kraju Długiej Białej Chmury. Sama nie wiem kto był bardziej podekscytowany my czy oni:):)
Wydarzenie tak ważne, że musiało zostać podzielone na kilka osobnych postów aby zmieścić wszystkie zdjęcia i wycieczki. 4 tygodnie intensywnego zwiedzanie południowej wyspy bez czasu na jet laga ani odpoczynek... Wycieczki rozpoczęliśmy już w pierwszym dniu!!! No trochę daliśmy im w kość:)
Na pierwszy rzut poszła nasza kochana Rabbit Island, gdzie zrobiliśmy powitalnego grilla. Co prawda pogoda taka sobie i wiało, ale z miłym zapasem rozgrzewającej polskiej wódeczki i karkówką na grillu wszystko można wytrzymać:)






Po takim przywitaniu daliśmy im troszkę odpocząć i na dzień następny, Chmielu zabrał ich na 'delikatny spacerek' do Malborough Sounds. 
Jako że droga do Soundsów zajmuje jakieś dwie godziny, wyspać się im dane nie było:) Mnie na wycieczce zabrakło, bo żeby ktoś mógł sobie wakacjować to ktoś musi pracować;/ Ale wracając do tematu, pogoda im jak najbardziej dopisała, przynajmniej do momentu kulminacyjnego którym było wspięcie się na najwyższy chyba szczyt w Soundsach: 1200 metrów Mt Stoke, dodam tylko, że jest to 1200m zaczynając spacer od poziomu morza, a nie jak w Polsce w górach z 600 m.n.p.m. Kiepa niemała i stroma i na dodatek kiedy już docierali do samego szczytu z którego rozpościera się niezapomniany widok na szmaragdowo-niebieskie cieśniny, wyspy i zatoczki to właśnie nadciągnęła deszczowa chmura, która nie dość że bezczelnie zasłoniła im cały widok to jeszcze spuściła deszcz, więc trochę zziębli i zmokli.
Ale wrażenia i tak mieli niezapomniane, ponieważ Mt Stoke obrośnięta jest naszymi niesamowitymi omszałymi i otulonymi porostami drzewami, które we mgle i deszczu nabierają dość posępnego charakteru. Z tego też względy otrzymały one od mojego taty nazwę która już na dobre weszła do naszego domowego słownika: "ponury las". Z resztą tata z Gosią niczym prawdziwi dendrolodzy sklasyfikowali nasze lasy, ale o tym jeszcze będzie.


Początek szlaku, pogoda jeszcze niezła. Na tym etapie dziadek Jacek porównywał jeszcze Soundsy do jeziora Rożnowskiego w... Beskidach

W tym momencie Dziadek Jacek zaczął Chmiela przeklinać i stwierdził, że jeśli tak ma wyglądać ich wycieczka po NZ to on zostaje w domu, chyba miał na myśli strugi potu spływające im po plecach podczas 3 godzinnej wspinaczki pod górę...

Ponury las

Jednak wysiłek został im wynagrodzony odpoczynkiem i kawusią takich okolicznościach:):


Widok na Havelock


Po powrocie do domu wszyscy padli, a na bolące nogi narzekali jeszcze przez 3 dni:):)





piątek, 24 lutego 2017

Takaka raz jeszcze i Sylvester lake, zima 2016

No tak źle to ze mną jeszcze nie było, żeby nie wejść na bloga przez pół roku. A tyle się wydarzyło! Aż się boję zabierać bo nie wiem kiedy skończę!!

No ale żeby zabrać się porządnie muszę chronologiczne to wszystko poukładać, także zaczynam od zeszłej zimy. Może lipiec, może sierpień, ciężko teraz stwierdzić, ale jak wspomniałam w poprzednim poście kilka wycieczek odbyliśmy. Ten post jest w zasadzie zlepkiem dwóch wycieczek do jednego miejsca. Darka wycieczki na Sylvester Lake i naszej wspólnej nieudanej próby dotarcia tam. Podczas gdy ja z dziewczynkami siedziałam w Polsce Darek wybrał się na Sylvester Lake. Jezioro położone w Kahurangi National Park z dojazdem od strony Takaki. Dojazd Cobb Dam Road bywa czasem utrudniony w zimie ze względu na lód i śnieg, no i z Nelson to tak przynajmniej 2 godziny drogi (może więcej)
Sam szlak nie jest zbyt wymagający i zajmuje około 2-3 godziny w  jedna stronę, na końcu chata nad polodowcowym górskim jeziorkiem i wspaniałe widoki. Darek bardzo polecał, więc któregoś pięknego dnia się wybraliśmy. Niestety ośnieżony szlak trochę mnie zniechęcił i ograniczyliśmy się do poszwendania się po okolicach, ale na szlak nie weszliśmy. W sumie nic straconego, może kiedyś wybierzemy się tam z dzieciakami na noc...
Wróciliśmy za to do Takaki i przeszliśmy skalnym labiryntem, gdzie Darek wypatrzył taką oto fajną sówkę:






Tutaj zdjęcia z Darka wyprawy:







I z naszego spaceru: