Ciąża dawała mi się we znaki i po pracy padałam do spania razem z Lilianką więc nie miałam za bardzo czasu ani siły na pisanie bloga.
Teraz już na macierzyńskim i po świętach to mam trochę wolnego czasu więc streszczę wycieczki z ostatnich miesięcy i mam nadzieję, że już będzie mi łatwiej bardziej regularnie uzupełniać bloga. Zwłaszcza, że lato już przyszło, pogoda wspaniała więc za tydzień zaczynamy sezon campingowo wycieczkowy.
A więc zaraz po wycieczce na narty zorganizowaliśmy sobie wakacje na Samoa:)
U nas w NZ niestety w sezonie zimowym nie ma ani jednego święta więc przez pięć miesięcy od czerwca do końca października nie ma ani jednego dnia wolnego od pracy. Dołożyć do tego zimową aurę, chłodniejsze i pochmurniejsze dni i samopoczucie może się trochę pogorszyć. Dlatego postanowiliśmy zrobić sobie 2 tygodnie wolnego i z końcem lipca wylecieliśmy na słoneczną i ciepłą Samoa.
Wyjazd na Polinezję od zawsze był moim marzeniem, od czasu kiedy dostałam w prezencie atlas świata i zobaczyłam urocze zdjęcie półnagiej dziewczyny plecącej naszyjnik z kwiatów na białej plaży w otoczeniu palm kokosowych:) Z Nowej Zelandii najbliżej i najtaniej mamy na Fidżi, Tonga Niue, Samoę i wyspy Cooka. Tym razem najtańsze bilety znaleźliśmy na Samoę.
Oprócz biletów i pierwszego noclegu w stolicy (Apia) nic nie rezerwowaliśmy. Dowiedzieliśmy się z grubsza wcześniej że wyspy można zwiedzać taksówkami i lokalnymi autobusami a nocować najtaniej i najlepiej w tak zwanych 'fale' czyli tradycyjnych Samoańskich chatkach na plaży pokrytych strzechą i bez ścian a jedynie z parawanami z liści kokosowych. Takie fale znajdują się na całej wyspie i wynajmuje się je jak domki kempingowe.
Na Samoa przywitał nas gorący wieczór i właścicielka pierwszego noclegu wraz z synem który pracował jako taksówkarz. Przywieźli nas na miejsce (jakąś godzinkę od lotniska i 10 min od centrum miasta) i ulokowali w jednym z domków, po czym przynieśli nam po orzechu kokosowym do picia i zabawili przez chwilę rozmową. W sumie nie wiadomo kto kogo zabawiał, ale i tak było bardzo miło i 'rodzinnie':) Jako że było późno udaliśmy się spać, nie dane nam było jednak wypocząć. Samoa jest wręcz pełna bezpańskich psów, które niestety ujadały przez pół nocy, natomiast przez drugie pół zawodziły koguty, rano z kolei spać nam nie dały ciężkie maszyny budowlane. Okazało się, że po drugiej stronie ulicy buduje się hotel, a pracę na Samoa ze względu na ukrop zaczynają bardzo wcześnie.
Następnego dnia właścicielka przywitała nas samoańskim śniadaniem, składającym się ze słodkiego chleba, papai z limonką i kokosów do picia. Tak posileni wybraliśmy się pozwiedzać okolicę. Krótki spacer zaprowadził nas nad ocean, gdzie spędziliśmy chwilkę i postanowiliśmy przejechać się do centrum i zorientować w tutejszych atrakcjach, komunikacji, noclegach etc.
'Etline's stay' czyli pierwszy nocleg

A takiego przyjaciela znaleźliśmy na ścianie w sypialni:)
Z centrum informacyjnego wyszliśmy uzbrojeni w mapy, przewodniki i jako takie pojęcie o planie na następne dni. Pierwszym jego punktem była decyzja o pozostaniu w Apia jeszcze jeden dzień aby wziąć udział w tradycyjnej ceremonii odbywającej się w wiosce za centrum informacyjnym, specjalnie przygotowanej aby pokazać turystom trochę Samoańskiej kultury. Tymczasem jednak, jako że mieliśmy jeszcze dużo czasu skierowaliśmy się na plażę do rezerwatu aby sprawdzić jakie to podwodne życie tu znajdziemy.
Plaża niestety płatna, skromna ale urocza. Wielkie drzewa zapewniały nam cień, niewielkie 'fale' rozmieszczone dla wygody turystów, ubikacja i prysznic.

Woda cudownie błękitna i przejrzysta i co najważniejsze pełna podwodnego życia. Wszyscy włącznie z Lilianką wskoczyliśmy w stroje kąpielowe, maski, rurki i do wody. Wyraz twarzy Lilianki gdy ujrzała pierwszą kolorową rybkę był bezcenny, a mnie rozpierała duma na widok mojej niespełna czterolatki samej nurkującej pod wodą:) Ja z Lilianką zostałyśmy przy brzegu oglądając małe rybki i niewielkie koralowce, Chmielu za to swym zwyczajem wypłynął głębiej w rezerwat i zapewnia że widoki były całkiem całkiem, z większymi rybami i dorodnymi kolorowymi koralowcami.

Na następny dzień, posileni słodkimi drożdżówkami moczonymi w budyniu, bananami, papajami i kokosem spakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy do miasta na pokaz po którym mieliśmy zamiar złapać autobus do Salepaga. Pokaz był na prawdę fantastyczny. Przeprowadzono nas przez kilka fale, a w każdym prezentowane były inne samoańskie tradycje jak tatuowanie, stolarstwo, wyrób tradycyjnych mat, oraz przygotowanie umu czyli posiłku gotowanego na gorących kamieniach przykrytych gruba warstwa liści kokosowych i ziemią. Na koniec artyści odegrali tradycyjną ceremonie powitalna i odśpiewali kilka pieśni a nas poczęstowano posiłkiem z umu na który składała się ryba, taro oraz liście taro w mleku kokosowym. Mnie kuchnia Samoańska nie specjalnie przypadła do gustu...ale występ był bardzo fajny.

Samoański posiłek: pieczone zielone banany, taro, ryba, chlebowiec i liście taro.

Spacer po Samoańskiej wiosce

Występy i ceremonia powitalna
Po pokazie ruszyliśmy w poszukiwanie transportu do Salepaga. Dowiedzieliśmy się wcześniej że lokalny autobus wyrusza w tamta stronę za około pół godziny o 14. Po drodze na przystanek nagabywała nas cała masa taksówkarzy oferujących przejazd do Salepaga tudzież wycieczkę wokół całej wyspy w cenach od 80 do 300 tala. Jak na niewielka i ubogą wyspę ceny na Samoa mają całkiem europejskie, konsekwentnie jednak odmawialiśmy twierdząc że oprócz zachęcającej ceny 8 tala przejażdżka lokalnym kolorowym autobusem bez okien będzie dla nas interesującym przeżyciem i przygodą. Tak wiec dotarliśmy na dworzec i wskoczyliśmy do autobusu do Salepaga. O 14:20 wciąż staliśmy na dworcu. Nie zraziliśmy się zbytnio jako, że ostrzeżono nas że autobusy z reguły nie trzymają się dokładnie rozkładu i odjeżdżają gdy są pełne. Ten był prawie pełny. Zapytaliśmy jednak kierowce kiedy planuje odjechać i jakież było nasze zaskoczenie gdy oświadczył ze wyjeżdża o 17 a autobus o 14 musiał odjechać o 13:30 (na dworcu byliśmy od około 13:40). Lekko nam morale opadły ale po szybkim zastanowieniu postanowiliśmy przesiąść się na inny autobus i wyruszyć w kompletnie inną stronę, czyli na druga wyspę Savai'i. Po 40 min w autobusie wsiedliśmy na prom a potem w kolejny autobus z którego wysiedliśmy w Manase gdzie zakwaterowaliśmy się w Regina's Beach Fale's gdzie dotarliśmy w sam raz na kolację. Dzień upłynął nam wiec w połowie na podróży. Za to w nocy po raz pierwszy porządnie się wyspaliśmy ukołysani do snu szumem fal.
Samoańska komunikacja czyli kolorowe autobusy:)
Regina's było całkiem przyjemnym miejscem. Fale tuż przy morzu pod wielkimi drzewami chlebowymi a przy samej plaży palmy kokosowe. Plaża jak z pocztówki, raj na ziemi. Błękitny ocean, złoty piasek i słońce:) Jedzenie tez jak na Samoańska kuchnie całkiem smaczne a noclegi około 70 tala od osoby i połowa ceny za dziecko.

Nasz kolejny nocleg czyli Fale 'Regina'

Popijamy kokosy:)

Lilianka wspina się na drzewo chlebowe


'Regina' o poranku

Regina wieczorem:)
Zostaliśmy tu około trzy dni które spędziliśmy pluskając się w wodzie oraz zwiedzając tutejsze atrakcje. Z atrakcji tych odwiedziliśmy przykryty lawą kościół, farmę żółwi oraz snurkowanie na rafach.
Jeśli chodzi o kościół, to nie urzekł mnie zbytnio, ale w żółwiach się zakochałam. Piękne i spokojne stworzenia, pływają w kamiennym słonowodnym basenie. Można je karmić papają oraz wskoczyć do wody i pogłaskać.
Snurkowanie na rafach tez zaliczam do udanych i Lilianka też snurkowała z nami na głębokiej wodzie, pod koniec tylko wskoczyła mi na plecy bo się już zmęczyła:)
Z Reginy ruszyliśmy dalej, tym razem już taksówką bo autobus przejeżdżał w bardzo niesprzyjającej godzinie. Taksówkarz zabrał nas po drodze w kilka miejsc w tym na spacer szczytami drzew. Dla kogoś kto nie mieszkał w Nowej Zelandii może i byłaby to atrakcja, ale dla nas mosty w postaci kładki nad przepaścią są na porządku dziennym. Dlatego 10 metrowy spacer po kładce rozwieszonej pomiędzy dwoma drzewami nie zachwycił mnie, jak również cena 15 tala od osoby (w przybliżeniu 15zł).
Niestety co do cen na Samoa to zawiodłam się bardzo bo wszystko jest drogie i każda 'atrakcja' kosztuje. Za taksówkę zapłaciliśmy 100 tala, a w Nowej Zelandii nocleg na wypasionym polu kempingowym z porządnymi ubikacjami, pralnią, kuchnią, salą telewizyjna i gier oraz wszelkimi bajerami dla dzieciaków jak place zabaw kosztuje tyle samo co nocleg w szałasie na kiepsko utrzymanej plaży na Samoa (70 tala, lub 35 dolarów), a nocleg na w miarę porządnym choć nie wypasionym polu kempingowym kosztuje u nas $17 czyli może 40zł od osoby i dzieci do 5 lat za darmo, gdzie na Samoa liczyli nas za Lilianke połowę ceny.
Ale koniec narzekania, bo widoki warte są takich cen:)


Widoki z auta
Drzewo z którego przeszliśmy kładka na drugie drzewo:)
A to już sama kładka
Kolejne i już ostatnie miejsce w którym nocowaliśmy znajdowało się na samym końcu wyspy, dotarliśmy tam polna dróżką. Plaża urocza, pełna palm kokosowych i bardzo cicha. Taki koniec świata, zero turystów, cisza a spokój. Zniechęceni traceniem czasu na długie podróże z miejsca na miejsce (ze względu na słabą komunikacje publiczną) postanowiliśmy zostać tu do samego końca. Niestety karta do aparatu nam padła i nie mam więcej zdjęć.
Tu również czas upłynął nam błogo a urozmaiceniem pomiędzy opalaniem się i pluskaniem w wodzie była przejażdżka samochodem wokół wyspy i wizyta w kościele. Na drugi dzień na nasza plażę przyjechała parka turystów z Czech wynajętym samochodem którego nam użyczyli na kilka godzin. Zrobiliśmy więc rundkę wokół wyspy (około 3 godziny). A w niedziele zostaliśmy zaproszeni przez mieszkańców pobliskiej wsi na mszę. Mieszkańcy byli bardzo miło i przyjęli nas do swojego grona. Ksiądz oficjalnie publicznie powitał nas w parafii i pobłogosławił a Lilianka była zachwycona śpiewaniem i choć po Samoańsku nic nie mówi to przyłączyła się do dzieciaków z chórku.
Tylko ostatni dzień niestety uważam za całkowicie zmarnowany ponieważ upłynął nam na całodziennej podroży na lotnisko, które znajdowało się może 5 godzin drogi od nas, ale po kolei. Jedyny autobus jadący w stronę promu odjeżdżał koło 9:30, musieliśmy wiec wyjechać koło 8 rano ze względu na niedokładność rozkładów jazdy. Taksówkarz zabrał nas na przystanek za jedyne 20 tala za 10 minutowa podróż, następnie autobusem 2 godziny bo zatrzymywał się co chwile, zabierając ludzi z różnorodnym dobytkiem i nawet kierowca sobie wyskoczył zrobić zakupy po drodze:) Autobus przepełniony tak że ludzie siadali sobie na kolanach, ale to zupełnie normalne na Samoa:) Następnie czekaliśmy na prom który odpływał o 2 po południu. Na promie godzina a potem albo 15 minut na lotnisko albo 1 godzina do miasta. Normalnie to byśmy do miasta pojechali bo samolot dopiero o 22, ale z miasta nie ma już autobusów powrotnych a nie uśmiechało się nam kolejnych 100 tala płacić za taksówkę, wiec od 3:30 do 22 czekaliśmy na lotnisku.
Generalnie cały wyjazd pozostawił mnie z mieszanymi uczuciami. Okoliczności przyrody wspaniałe jak widać na zdjęciach, mieszkańcy mili i z całą pewnością na wyspy wrócimy. Tym razem jednak lepiej przygotowani. Jeśli chodzi o Samoa to moim zdaniem wszystkie 'atrakcje' oprócz występów w Apia, można sobie spokojnie odpuścić, bo drogie i zupełnie nie spełniają oczekiwań. A co do noclegów to polecam wybrać sobie jedno, możne 2 miejsca na pobyt bo strata czasu na zmianę lokacji ogromna, albo koszty transportu wysokie. Ale generalnie warto i ciesze się że spełniłam swoje marzenie o Polinezji, choć na Francuska jeszcze na mnie czeka:):)






















