Krótkie sprawozdanie:)
Obiad w niedziele wypalił, było na prawdę fajnie. Ludzie też fajni i z ciekawostek napisze że ta Polka i jej córka nazywają się tak jak moje ukochane, urocze siostrzyczki:):) Niezły zbieg okoliczności!!
No ale dziewczynki się fajnie razem bawiły i Liluszka na każdym kroku naśladowała Maję, rozwalały wszystko po mieszkaniu, ale przecież o to chodzi!!:) Justyna z mężem już nas zaprosili do siebie, więc fajnie.
A tymczasem my szykujemy się do Wielkanocy, w tym roku inaczej niż zwykle bo spędzimy Święta na wycieczce. Jedziemy do Coromandel - polecam wklikać to sobie w Google, fajne miejsce, jeśli widzieliście 'opowieście z narni, ksiażę kaspian' to tam właśnie był kręcony film:) Robimy sobie objazdówkę po całym półwyspie i mamy nadzieję że po powrocie zapełnimy bloga całym mnóstwem zdjęć!!!
O naszej emigracji do Kraju Długiej Białej Chmury
wtorek, 26 marca 2013
czwartek, 21 marca 2013
Co za historia!!
A właściwie to dwie:) Po pierwsze poznaliśmy Polaków. Właściwie to jedną Polkę i jej męża kiwisa:) W sklepie, tak po prostu podeszła do nas pytając czy my z Polski:). No i co, wymieniliśmy się numerami i już zaprosiłam ich na obiad na niedzielę. Z krótkiej rozmowy w sklepie dowiedzieliśmy się że w sumie jest w New Plymouth pięć takich par mieszanych i wszyscy się znają:) A więc super, bo tak jak w Irlandii miałam już dość serdecznie polskiego buractwa i wszechobecnego 'kurwowania' na ulicach, tak tu zatęskniło mi się już trochę za towarzystwem rodaków co by się na mnie krzywo nie patrzyli jak grzyby zbieram w lesie albo kisze kapustę:) No a co do grzybów i kapusty to w zeszły weekend tez mieliśmy gości. Tym razem znajomych z przedszkola. On Antoni, Polak z drugiego pokolenia a ona Irenka Rosjanka od 10 lat tutaj no i ich maluch Maciek. Narobiłam więc schabowych a Darek upichcił zasmażaną kapuchę, do tego wódeczka i czuliśmy się prawie jak w domu:) Generalnie bardzo fajny dzień i ludzie też fajni, ja się cieszę bo się nam grono znajomych powiększa i jak ostatnio powiedziałam Darkowi, miło poznać kogoś poniżej 60tki:):)
No a co do drugiej historii to zaaplikowałam o nowa pracę!! Ronni zadzwonił do nas ostatnio żeby mi powiedzieć że w CYF (tej organizacji dla której on teraz pracuje, która zatrudnia pracowników socjalnych - tak przy okazji to dla nich docelowo chce pracować bo to jest państwówka, dobrze płacą i duże szanse na awans) zamieścili ogłoszenie, że szukają pracownika w New Plymouth. Z głupa weszłam więc na ich stronkę bo jeszcze nie planowałam szukać nowej pracy i okazało się, że to był ostatni dzień składania aplikacji. Przemyślałam sobie to na szybko i doszłam do wniosku, że nie wiadomo kiedy się taka okazja powtórzy i zabrałam się za wypełnianie aplikacji. Pytań mieli chyba z pińcet, do tego piętnaście dokumentów do załączenia i CV a moje oczywiście nie przerobione. Ani słowem nie wspomniane o mojej pracy tutaj... W panice się za nie zabrałam, tyle mi zaszło na wcześniejsze papiery, że już się po 23.00 zrobiło. W szale, rozwalając po pokoju wszystkie dokumenty próbowałam znaleźć umowę żeby odpisać z niej kilka mądrych zdań do CV przy okazji wyżywając się na bogu ducha winnym Chmielu, że czemu do cholery on nie wie gdzie moja umowa się znajduje..., nie udało się więc naskrobałam trzy linijki i dokładnie o 23.50 posłałam wszystko. Spać przez to wszystko nie mogłam, ale na szczęście na następny dzień dostałam potwierdzenie, że przyjęli moje papiery więc chociaż tyle. Teraz czekam na odpowiedź i znając CYF z miesiąc im zajmie rozpatrywanie aplikacji więc pewnie zadzwonią do mnie jak już dawno zapomnę, że aplikowałam i znowu mi ciśnienie podniosą:)
A właściwie to dwie:) Po pierwsze poznaliśmy Polaków. Właściwie to jedną Polkę i jej męża kiwisa:) W sklepie, tak po prostu podeszła do nas pytając czy my z Polski:). No i co, wymieniliśmy się numerami i już zaprosiłam ich na obiad na niedzielę. Z krótkiej rozmowy w sklepie dowiedzieliśmy się że w sumie jest w New Plymouth pięć takich par mieszanych i wszyscy się znają:) A więc super, bo tak jak w Irlandii miałam już dość serdecznie polskiego buractwa i wszechobecnego 'kurwowania' na ulicach, tak tu zatęskniło mi się już trochę za towarzystwem rodaków co by się na mnie krzywo nie patrzyli jak grzyby zbieram w lesie albo kisze kapustę:) No a co do grzybów i kapusty to w zeszły weekend tez mieliśmy gości. Tym razem znajomych z przedszkola. On Antoni, Polak z drugiego pokolenia a ona Irenka Rosjanka od 10 lat tutaj no i ich maluch Maciek. Narobiłam więc schabowych a Darek upichcił zasmażaną kapuchę, do tego wódeczka i czuliśmy się prawie jak w domu:) Generalnie bardzo fajny dzień i ludzie też fajni, ja się cieszę bo się nam grono znajomych powiększa i jak ostatnio powiedziałam Darkowi, miło poznać kogoś poniżej 60tki:):)
No a co do drugiej historii to zaaplikowałam o nowa pracę!! Ronni zadzwonił do nas ostatnio żeby mi powiedzieć że w CYF (tej organizacji dla której on teraz pracuje, która zatrudnia pracowników socjalnych - tak przy okazji to dla nich docelowo chce pracować bo to jest państwówka, dobrze płacą i duże szanse na awans) zamieścili ogłoszenie, że szukają pracownika w New Plymouth. Z głupa weszłam więc na ich stronkę bo jeszcze nie planowałam szukać nowej pracy i okazało się, że to był ostatni dzień składania aplikacji. Przemyślałam sobie to na szybko i doszłam do wniosku, że nie wiadomo kiedy się taka okazja powtórzy i zabrałam się za wypełnianie aplikacji. Pytań mieli chyba z pińcet, do tego piętnaście dokumentów do załączenia i CV a moje oczywiście nie przerobione. Ani słowem nie wspomniane o mojej pracy tutaj... W panice się za nie zabrałam, tyle mi zaszło na wcześniejsze papiery, że już się po 23.00 zrobiło. W szale, rozwalając po pokoju wszystkie dokumenty próbowałam znaleźć umowę żeby odpisać z niej kilka mądrych zdań do CV przy okazji wyżywając się na bogu ducha winnym Chmielu, że czemu do cholery on nie wie gdzie moja umowa się znajduje..., nie udało się więc naskrobałam trzy linijki i dokładnie o 23.50 posłałam wszystko. Spać przez to wszystko nie mogłam, ale na szczęście na następny dzień dostałam potwierdzenie, że przyjęli moje papiery więc chociaż tyle. Teraz czekam na odpowiedź i znając CYF z miesiąc im zajmie rozpatrywanie aplikacji więc pewnie zadzwonią do mnie jak już dawno zapomnę, że aplikowałam i znowu mi ciśnienie podniosą:)
sobota, 16 marca 2013
Przeprowadzka i Wangomomona
No to się przeprowadziliśmy:)
I mamy internet!! Jak to bywa przy przeprowadzkach wszystko musieli nam na nowo popodłanczać no i oczywiście samo rozpakowywanie trochę nam zajęło ale wreszcie się z grubsza ogarnęliśmy.
Generalnie dom jest taki jak pisałam chociaż widzę, że prędko się tej nowej łazienki ani kibla nie doczekamy. Na razie Joana usunęła starego grata samochód sprzed domu i zamontowała nowy sraczyk ale łazienka i toaleta (a zwłaszcza podłoga) dalej wymagają remontu.
Ale nie narzekamy, podoba się nam dużo bardziej niż w poprzednim domu, jest czyściej i ładniej i chce mi się nawet przy nim robić (w starym mnie niemoc ogarniała bo czy czysto czy brudno i tak wyglądał obskurnie).
Ogródkiem też się zajęliśmy, choć to Chmielu bardziej o niego dba niż ja, ale posadziłam już nasze zimowe warzywa jak marchewkę i brokuły i zaryzykowałam z kilkoma bardziej letnimi jak kapusta pekińska. Idzie co prawda jesień ale jeszcze z 3 miesiące nie powinno być zimno.
Poza tym to lokalizacja faktycznie wyśmienita, a że od kilku tygodni mamy bezustanne słonko to po pracy chodzimy się kąpać w morzu. Liliance tez chyba takie coś odpowiada i powoli zaczyna bawić się w piachu i pluskać w bajorkach. Tak na prawdę do tej pory pobyt na plaży raczej ją nudził. A jeśli nie jesteśmy na plaży to łazimy na spacery po okolicy, wiec czas nam upływa raczej przyjemnie. Niestety przez całą ta przeprowadzkę trochę zaniedbaliśmy nasze weekendowe wycieczki i jak do tej pory wybraliśmy się w dwa miejsca. Raz nad jezioro Mangamahoe, gdzie już kiedyś byliśmy i raz na camping do maleńkiej mieścinki zwanej Wangamomona.
Nad Mangamahoe pojechaliśmy ponieważ zaczął się sezon na jeżyny i postanowiliśmy trochę ich nazbierać. Zgarnęłam przy okazji koleżankę z pracy (żeby nie było jak większość moich znajomych teraz dobrze po 60tce:) Nazbieraliśmy 2 małe wiaderka i porobiłam w domu soki, dżemy i pomroziłam i udało się nam też znaleźć kilka maślaków:) Sue (koleżanka) z przerażeniem patrzyła jak je zbieramy bo oczywiście tutaj ciemniaki znają tylko pieczarki ze sklepów. Lepiej dla nas, przynajmniej sobie na następny rok grzybów nazbieramy:) Czekamy teraz na deszcz i znowu pojedziemy:)
A do Wangamomony pojechaliśmy w zeszły weekend bo mieliśmy długi weekend. Miałam ochotę wybrać się gdzieś na noc i połazić trochę od rana. Niestety z łażenia niewiele wyszło bo oprócz zwykłej polnej drogi nie było w okolicy żadnych szlaków. Ale za to zaliczyliśmy Wangomomoński pub:) i łyknęliśmy trochę historii. Otóż Wangomomona jest bardzo niezwykłą wioską bowiem uważa się za tak oddaloną od wszelkiej cywilizacji, że raz na 2 lata ogłasza się niezależną republiką na jeden dzień:) Wybierają sobie prezydenta i organizują festyn na który zjeżdżają się setki ludzi. Co ciekawe przez kilka lat z rzędu prezydentem Wangomomoy była koza- dopóki nie zdechła:) W barze który jest również głównym ośrodkiem kultury w miasteczku można za 5 dolarów kupić sobie Wangomomoński paszport oraz zupełnie za darmo dostać pieczątkę do własnego paszportu:) Niestety my swoich nie mieliśmy, wygląda więc na to, że będziemy musieli jeszcze tam wrócić. No a jeszcze jedną rzeczą poza pubem o której warto wspomnieć w Wangomomonie są najpiękniejsze wschody słońca jakie kiedykolwiek widziałam. Załączam kilka zdjęć choć nie oddają one rzeczywistości
I mamy internet!! Jak to bywa przy przeprowadzkach wszystko musieli nam na nowo popodłanczać no i oczywiście samo rozpakowywanie trochę nam zajęło ale wreszcie się z grubsza ogarnęliśmy.
Generalnie dom jest taki jak pisałam chociaż widzę, że prędko się tej nowej łazienki ani kibla nie doczekamy. Na razie Joana usunęła starego grata samochód sprzed domu i zamontowała nowy sraczyk ale łazienka i toaleta (a zwłaszcza podłoga) dalej wymagają remontu.
Ale nie narzekamy, podoba się nam dużo bardziej niż w poprzednim domu, jest czyściej i ładniej i chce mi się nawet przy nim robić (w starym mnie niemoc ogarniała bo czy czysto czy brudno i tak wyglądał obskurnie).
Ogródkiem też się zajęliśmy, choć to Chmielu bardziej o niego dba niż ja, ale posadziłam już nasze zimowe warzywa jak marchewkę i brokuły i zaryzykowałam z kilkoma bardziej letnimi jak kapusta pekińska. Idzie co prawda jesień ale jeszcze z 3 miesiące nie powinno być zimno.
Poza tym to lokalizacja faktycznie wyśmienita, a że od kilku tygodni mamy bezustanne słonko to po pracy chodzimy się kąpać w morzu. Liliance tez chyba takie coś odpowiada i powoli zaczyna bawić się w piachu i pluskać w bajorkach. Tak na prawdę do tej pory pobyt na plaży raczej ją nudził. A jeśli nie jesteśmy na plaży to łazimy na spacery po okolicy, wiec czas nam upływa raczej przyjemnie. Niestety przez całą ta przeprowadzkę trochę zaniedbaliśmy nasze weekendowe wycieczki i jak do tej pory wybraliśmy się w dwa miejsca. Raz nad jezioro Mangamahoe, gdzie już kiedyś byliśmy i raz na camping do maleńkiej mieścinki zwanej Wangamomona.
Nad Mangamahoe pojechaliśmy ponieważ zaczął się sezon na jeżyny i postanowiliśmy trochę ich nazbierać. Zgarnęłam przy okazji koleżankę z pracy (żeby nie było jak większość moich znajomych teraz dobrze po 60tce:) Nazbieraliśmy 2 małe wiaderka i porobiłam w domu soki, dżemy i pomroziłam i udało się nam też znaleźć kilka maślaków:) Sue (koleżanka) z przerażeniem patrzyła jak je zbieramy bo oczywiście tutaj ciemniaki znają tylko pieczarki ze sklepów. Lepiej dla nas, przynajmniej sobie na następny rok grzybów nazbieramy:) Czekamy teraz na deszcz i znowu pojedziemy:)
A do Wangamomony pojechaliśmy w zeszły weekend bo mieliśmy długi weekend. Miałam ochotę wybrać się gdzieś na noc i połazić trochę od rana. Niestety z łażenia niewiele wyszło bo oprócz zwykłej polnej drogi nie było w okolicy żadnych szlaków. Ale za to zaliczyliśmy Wangomomoński pub:) i łyknęliśmy trochę historii. Otóż Wangomomona jest bardzo niezwykłą wioską bowiem uważa się za tak oddaloną od wszelkiej cywilizacji, że raz na 2 lata ogłasza się niezależną republiką na jeden dzień:) Wybierają sobie prezydenta i organizują festyn na który zjeżdżają się setki ludzi. Co ciekawe przez kilka lat z rzędu prezydentem Wangomomoy była koza- dopóki nie zdechła:) W barze który jest również głównym ośrodkiem kultury w miasteczku można za 5 dolarów kupić sobie Wangomomoński paszport oraz zupełnie za darmo dostać pieczątkę do własnego paszportu:) Niestety my swoich nie mieliśmy, wygląda więc na to, że będziemy musieli jeszcze tam wrócić. No a jeszcze jedną rzeczą poza pubem o której warto wspomnieć w Wangomomonie są najpiękniejsze wschody słońca jakie kiedykolwiek widziałam. Załączam kilka zdjęć choć nie oddają one rzeczywistości
Subskrybuj:
Posty (Atom)









