Dzisiaj trochę mniej wycieczkowo a bardziej życiowo:)
Domy:
Przede wszystkim chce się pochwalić, że znaleźliśmy wreszcie dom. Ten o którym pisałam wcześniej niestety nie wypalił bo dali go komuś innemu. Szukaliśmy wiec intensywnie, a właściwie Chmielu szukał, ale z każdym dniem był bardziej wściekły bo domy tutaj to prawdziwa masakra. Zero izolacji, zimne, wilgotne z odłażąca od ścian tapetą i farbą z okien, oczywiście nieumeblowane a jedyne meble w kuchni to z reguły zbite z desek pseudo szafki przejechane białą bejcą oraz szumnie nazwane garderobami wnęki w sypialniach (Moje siostry powinny wiedzieć o co chodzi bo takie właśnie szafki miały kiedyś na mieszkaniu-tak te wyłożone gazetą:) Oczywiście o kafelkach w łazience można zapomnieć. Ściany i wanna są obite płytą pilśniową przejechaną grubą warstwą farby olejnej a brodziki jak są to tylko metalowe:/ Dodam jeszcze że oprócz braku izolacji chyba z połowa domów nie ma żadnego ogrzewania bo przecież Nowa Zelandia to kraj subtropikalny (nie ważne, że w zimie w nocy jest 5 stopni).
No ale na szczęście znaleźliśmy domek który w miarę odpowiada naszym gustom - choć i tak znacznie obniżyliśmy oczekiwania. W każdym razie za 250$ tygodniowo mamy 3 sypialnie, salon, kuchnie z miejscem na stół i wyjściem na taras, ubikacje, łazienkę z wanną i prysznicem, maleńką pralnie i co najważniejsze ogromny ogród z miejscem na warzywniak i wiatę na samochód. Oczywiście zimno jest ale do wytrzymania, szafki w kuchni standardowe i prysznic metalowy ale przynajmniej oszczędzili nam wnęk w sypialniach. Woda jest ogrzewana gazowo i mamy tez ogrzewanie gazowe w salonie (gaz jest tańszy niż elektryka) i popularny tutaj system mieszania powietrza (pewien rodzaj ogrzewania) który polega na tym, że bierze rozgrzane powietrze z pod dachu i wdmuchuje je do mieszkania (gorzej jak nie ma słońca:/ ) Tak czy siak będziemy musieli się zaopatrzyć w jakiś piecyk, ale na szczęście idzie wiosna...
Od wtorku planujemy przeprowadzkę bo w tym tygodniu przychodzą nam nasze wysłane z Polski sprzęty.
Będziemy też musieli pomyśleć o kupnie mebli. Dużym plusem jest to, że mieszkamy w wiosce emerytów bo dostaliśmy już kilka rzeczy. Jedna z rezydentek pozbywała się fotela i sofy (więc trafiły do nas), ze względów bezpieczeństwa wymieniali żelazko na automatycznie się wyłączające więc też dostaliśmy stare. Wypożyczyli nam tez pojedyncze łóżko, łóżeczko dla Lileczki, komodę na ubrania (będziemy mogli oddać jak kupimy sobie swoje ale powiedzieli ze nie ma pośpiechu :) Na szczęście w domku jest na stanie pralka więc też nam ten wydatek odpada. No ale wielu rzeczy nie mamy, choćby nawet talerzy czy szklanek, stołu, krzeseł pościeli itp
Zakupy:
Mamy nadzieję że nie stracimy za dużo na te zakupy. Polecili nam już super tani sklep ze sprzętem z drugiej ręki i bardzo tu popularne wyprzedaże garażowe. Zawsze tez mamy słynny Nowozelandzki 'Warehouse'. Czyli tani sklepo - magazyn w którym można zaopatrzyć się w dosłownie wszystko od artykułów sporzywczych przez ciuchy, kosmetyki, ubrania, rzeczy papiernicze i do robótek ręcznych po sprzęty RTV i AGD, meble, artykuły budowlane i ogrodnicze.
No te ogrodnicze to mnie akurat bardzo interesują bo planuję sama hodować warzywka. Co niezwykłe warzywa i owoce są tu dość drogie a przecież powinny być za grosze bo maja tu idealne warunki do ich hodowli. Przykładowe ceny to np $10 za 1 kg pomidorów albo $3 za 1 ogórka pieczarki tez kosztują jakieś 11 za kg a fasolka szparagowa to nawet nie mówię. Oczywiście jakby przyrównać 1zł do 1 $ to nie ma masakry ale jeszcze się nie przestawiłam.
Jeśli chodzi o to co można kupić w sklepach to w zasadzie jest wszystko, ale np chleb tylko waciany tostowy wiec na razie jemy tylko bagietki albo chlebki pita, serów jest trochę większy wybór niż w Irlandii ale też bez rewelacji (twarożku nie uraczysz). Mają za to sklepy orientalne czego brakowało nam w Polsce a w warzywniaku można dostać takie owoce i warzywa jakich jeszcze nigdy nie widziałam. Bardzo popularne są tu kumary czyli słodkie ziemniaki i jest ich kilka odmian oraz Nowozelandzkie yams też ziemniakowate choć trochę kwaskowe. Z nietypowych owoców popularne są tamarillo ale można tu kupić chyba każdy tropikalny owoc. Z innych nietypowych produktów to np pijają tutaj kakao instant zrobione w 1/3 z jęczmienia a w barach szybkiej obsługi można dostać tzw frittery: jakby placki zrobione z rożnych składników: są ziemniaczane, kukurydziane, rybne ale jutro planuje spróbować tutejszego rarytasu: frittera paua czyli zrobionego z morskiego ślimaka:):) Z tego samego ślimaka (a właściwie jego muszli) robi się tutaj biżuterie i czasem przy odrobinie szczęścia można trafić na perłę. Perły z paua czyli z abalone (tak nazywa sie te ślimaki z ang) są bardzo cenne bo maja niezwykłe kolory: ciemne, fioletowo niebiesko zielone a z macicy perłowej robią tutaj naprawdę przepiękne rzeczy. Najlepsze, że można te ślimaki znaleźć praktycznie wszędzie w morzu przyklejone do skał i zgodnie z zaleceniami morskiej policji można ich sobie codziennie zebrać 20:)
No to tyle na razie, do następnego:):)
O naszej emigracji do Kraju Długiej Białej Chmury
sobota, 11 sierpnia 2012
czwartek, 9 sierpnia 2012
Oakura i Białe Klify
Kolejny weekend (z resztą jak każdy) spędziliśmy na wycieczkach po okolicy. W sobotę wybraliśmy się do pobliskiego miasteczka Oakura w którym Tom Crouise wynajmował willę kiedy kręcił Ostatniego Samuraja.
Nie spodziewaliśmy się wiele po miasteczku ale zostaliśmy mile zaskoczeni. Sama mieścina co prawda niczym szczególnym się nie wyróżnia. Kilka kafejek, parczek no i oczywiście plaża. Natomiast położona jest w niezwykle malowniczej okolicy. Najbardziej spodobało się nam to że leży pod górami które miejscami przypominają Beskidy. Podjechaliśmy samochodem pod sam las (gdzie zaczyna się trasa trekingowa) i widoki były oszałamiające. Nad nami góry i dżungla a na horyzoncie morze. Niesamowite, zwłaszcza że sam ląd poprzecinany jest niezliczonymi dolinkami, wąwozami i strumieniami. Najlepsze, że dokładnie tam gdzie zajechaliśmy sprzedają działki pod domy:) Szkoda że nie mamy na tyle oszczędności bo w takim miejscu chcielibyśmy mieszkać:)
Niestety akurat tego dnia nie mieliśmy ze sobą aparatu.
Na następny dzień wybraliśmy się na Białe Klify. Zupełnym przypadkiem (a właściwie dlatego, że się nie mogliśmy wygrzebać) zajechaliśmy na miejsce o 14.00 czyli dokładnie kiedy zaczynał się odpływ. Nie będę za dużo opisywać widoków bo możecie pooglądać zięcia. W każdym razie zrobiliśmy sobie spacer plażą wzdłuż klifu, po czym zeszliśmy w głąb lądu gdzie (no bo jakżeżby inaczej) zaczęła się dżungla i rezerwat ptaka kiwi!! Dżungla wygląda tam niesamowicie - jak w wietnamie albo coś, same palmy! Przeprowadzona jest przez nią trasa spacerowa wspinająca się na szczyt klifów. Dla ułatwienia wędrówki zbudowano na niej schody które po prostu zabijają (jest ich ponad 600) Na szczęście w połowie drogi można sobie odpocząć na ławeczce zbudowanej dla upamiętnienia miejsca w którym umarła pewna kobieta. Wiemy to ponieważ po drodze spotkaliśmy jej męża który właśnie opisał nam ta historię (no i to on tą ławkę tam postawił i zasadził wokół niej drzewa). Dodam jeszcze, że wcześniej na plaży spotkaliśmy wędkarzy i jeden z nich okazał się naszym miejscowym piosenkarzem country i maori którego czasem zapraszam żeby zaśpiewał dla moich dziadków-jaki ten świat mały:):)
No a tu macie zdjęcia:
wtorek, 7 sierpnia 2012
Jezioro Mangamahoe
Trochę zaniedbałam mojego bloga więc ponadrabiam zaległości:)
Przede wszystkim nie dokończyłam opowieści o poprzednim weekendzie, ponieważ opisałam jedynie sobotę, tymczasem w niedzielę znowu wybraliśmy się na wycieczkę. Tym razem nad jezioro Mangamahoe.
Jeziorko jest przepięknie umiejscowione i otoczone niewielkim lasem w połowie sekwojowym a w połowie paprotnikowym:) Szczerze mówiąc momentami zastanawialiśmy się czy przypadkiem sceny pierwszej bitwy w Ostatnim Samuraju (tej w której Tom Cruise zostaje ranny) nie były kręcone właśnie tam:) Oprócz lasku można tu również znaleźć romantycznie ulokowane miejsca piknikowe z przygotowanymi ławeczkami i otoczone pięknymi kwiatami. Wokół jeziora przeprowadzone są dwie trasy spacerowe, trasy rowerowe oraz konne. Niestety w jeziorze nie wolno się kąpać ponieważ jak się później dowiedzieliśmy jest ono rezerwą wody pitnej dla New Plymouth, można za to łowić w nim pstrągi na muchę:)
A tu wrzucam kilka fotek:
Muszę się przyznać, że cała ta niczym nie skażona natura coraz bardziej nas kusi i poważnie rozważamy zajęcie się w przyszłości łowieniem ryb czy polowaniami:). Okazuje się, że wiele osób z którymi pracuję łowi ryby i są to całkiem spore okazy. Facet który jest tutaj złota rączką a przy okazji synem właścicielki ma własną łudź i już zaprosił Chmiela na wyprawę. Dodam jeszcze, że jest on też płetwonurkiem i czasami wybiera się z kumplami na zbieranie langust co również jest dość kuszące (szczególnie jeśli pomyślę o późniejsze uczcie z owoców morza:). A co do polowań to nasza finansowa Teresa jest członkiem klubu łowieckiego i też nas zachęcała do przyłączenia się zwłaszcza, że nie ma tu okresu ochronnego dla saren i łatwo jest o pozwolenia na strzelanie do zwierzyny. Dodam jeszcze tylko, że 2 tygodnie temu byliśmy u niej na obiedzie i poczęstowała nas pysznymi stekami z sarniny (Niestety sklepowymi:).
A'propo obiadów byliśmy też u innego mojego współpracownika Ronniego, który pochodzi z Niemiec i ma żonę japonkę i 9 miesięczną córeczkę. Zgadaliśmy się kiedyś w pracy i jako, że mamy dzieci w tym samym wieku stwierdziliśmy, że fajnie by było od czasu do czasu się spotkać żeby nasze córy mogły się razem pobawić. Postanowiliśmy też, że będziemy czasem podrzucać sobie dzieciaki żeby mieć wolny wieczór:) Najlepsze, że Chmielu już się im pochwalił, że będzie w przyszłości wędził kiełbachy-co spodobało się Ronniemu i robił kimchi-za co pokochała go jego żona. A wiec teraz już się nie wymiga i gdy tylko przeprowadzimy się do własnego domku zabiera się za kiszenie kapuchy:) A w ten weekend wybieramy się razem nad wspomniane wcześniej jeziorko:)
Przede wszystkim nie dokończyłam opowieści o poprzednim weekendzie, ponieważ opisałam jedynie sobotę, tymczasem w niedzielę znowu wybraliśmy się na wycieczkę. Tym razem nad jezioro Mangamahoe.
Jeziorko jest przepięknie umiejscowione i otoczone niewielkim lasem w połowie sekwojowym a w połowie paprotnikowym:) Szczerze mówiąc momentami zastanawialiśmy się czy przypadkiem sceny pierwszej bitwy w Ostatnim Samuraju (tej w której Tom Cruise zostaje ranny) nie były kręcone właśnie tam:) Oprócz lasku można tu również znaleźć romantycznie ulokowane miejsca piknikowe z przygotowanymi ławeczkami i otoczone pięknymi kwiatami. Wokół jeziora przeprowadzone są dwie trasy spacerowe, trasy rowerowe oraz konne. Niestety w jeziorze nie wolno się kąpać ponieważ jak się później dowiedzieliśmy jest ono rezerwą wody pitnej dla New Plymouth, można za to łowić w nim pstrągi na muchę:)
A tu wrzucam kilka fotek:
Żeby nie było-sekwoja:)
Muszę się przyznać, że cała ta niczym nie skażona natura coraz bardziej nas kusi i poważnie rozważamy zajęcie się w przyszłości łowieniem ryb czy polowaniami:). Okazuje się, że wiele osób z którymi pracuję łowi ryby i są to całkiem spore okazy. Facet który jest tutaj złota rączką a przy okazji synem właścicielki ma własną łudź i już zaprosił Chmiela na wyprawę. Dodam jeszcze, że jest on też płetwonurkiem i czasami wybiera się z kumplami na zbieranie langust co również jest dość kuszące (szczególnie jeśli pomyślę o późniejsze uczcie z owoców morza:). A co do polowań to nasza finansowa Teresa jest członkiem klubu łowieckiego i też nas zachęcała do przyłączenia się zwłaszcza, że nie ma tu okresu ochronnego dla saren i łatwo jest o pozwolenia na strzelanie do zwierzyny. Dodam jeszcze tylko, że 2 tygodnie temu byliśmy u niej na obiedzie i poczęstowała nas pysznymi stekami z sarniny (Niestety sklepowymi:).
A'propo obiadów byliśmy też u innego mojego współpracownika Ronniego, który pochodzi z Niemiec i ma żonę japonkę i 9 miesięczną córeczkę. Zgadaliśmy się kiedyś w pracy i jako, że mamy dzieci w tym samym wieku stwierdziliśmy, że fajnie by było od czasu do czasu się spotkać żeby nasze córy mogły się razem pobawić. Postanowiliśmy też, że będziemy czasem podrzucać sobie dzieciaki żeby mieć wolny wieczór:) Najlepsze, że Chmielu już się im pochwalił, że będzie w przyszłości wędził kiełbachy-co spodobało się Ronniemu i robił kimchi-za co pokochała go jego żona. A wiec teraz już się nie wymiga i gdy tylko przeprowadzimy się do własnego domku zabiera się za kiszenie kapuchy:) A w ten weekend wybieramy się razem nad wspomniane wcześniej jeziorko:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)























