wtorek, 25 lutego 2014

Sprawy wizowe

Tak tylko chcę się podzielić naszym szczęściem, właśnie otrzymaliśmy zaproszenie do zaaplikowania o wizę rezydencką:):):)
Na początku stycznia wybrali nas z puli aplikantów i od tego czasu nic z imigracyjnego nie słyszeliśmy i troszkę zaczynaliśmy się już denerwować, no bo ile w końcu może trwać wstępne przeanalizowanie aplikacji. No i nareszcie kamień spadł nam z serca. Mamy oficjalny li st i formularz aplikacyjny, a wiec za jakieś sześc miesięcy i szczuplejsi o około 2 tys dolarów powinniśmy być już rezydentami Nowej Zelandii. Trzymajcie za nas kciuki:):)

niedziela, 9 lutego 2014

Długi weekend i wycieczka do....nieba:):)

Jak zwykle ze sporym opóźnieniem, ale mam zamiar wrzucić kilka zdjęć i opowiedzieć o naszej wycieczce do Opotiki. Jednej z najlepszych wycieczek na jakich byliśmy od przeprowadzki do Gisborne. No może tylko Waikaremoana może się równać.
Jako że nie poszaleliśmy z wycieczkami podczas Świąt ze względu na niekorzystną prognozę, cały czas czułam jakiś taki niedosyt i strasznie mnie ciągnęło na jakiś kemping (nowy namiot też miał z tym chyba dość dużo wspólnego:) Więc pomimo, że na długi weekend styczniowy też nie zapowiadali cudów uparłam się żeby gdzieś jechać. Padło na Opotiki, jakoś tak najbliżej i przewodniki obiecywały dzikie busze i ciekawe szlaki.
Oczywiście z czterech dostępnych pól kempingowych wybraliśmy najdziksze, pośrodku niczego położone pole kempingowa o obiecującej nazwie Bushaven (niebiański busz???). I było suuuuuuuuppeeeeeerrr!!!:):)
Kemping położony w środku rezerwatu nad brzegiem górskiej rzeki, w przepięknej...dżungli to za dużo powiedziane ale busz to moim zdaniem za mało:)
Już sam dojazd wiele obiecywał i przyprawił mnie o palpitacje serca. Głównie ze względu na krętą, jednopasmową dróżkę skrajem urwiska poprzecinaną strumieniami. Ale widoki też zapierały dech w piersiach:) Na miejscu żywej duszy, tylko my i właściciele. Rozbiliśmy się strategicznie koło kuchni i jako, że było już dość późno, poszliśmy spać. Rano powitał nas widok rodem z filmów przyrodniczych... gęste mgły powoli unoszące się nad dzikim parującym lasem i słońce leniwie unoszące się nad górami ożywającymi dźwiękami dzikich ptaków i wszechobecnych cykad.
Dzień zapowiadał się gorący więc postanowiliśmy zostawić ciężkie szlaki na niedzielę i pojechaliśmy do miasta (również ze względu na fakt, że nasz prowiant stanowiły głównie resztki z lodówki). Oprócz zakupów odwiedziliśmy kilka ciekawych miejsc jak Hukutaia Domain: niewielki lasek będący kolekcją Nowozelandzkiej flory z główną atrakcją: masywnym 2000 letnim drzewem Puriri, które dawnym maori służyło jako święte drzewo i miejsce pochówku do którego wstęp mieli tylko wybrani i złamanie tej zasady i obrażenie przodków groziło śmiercią.





Następnie wybraliśmy się na wybrzeże i przeszliśmy się Okiwa Trackiem, Przyjemny spacer i niezłe widoki na zatokę, oraz Lilianki ulubione... jeżyny:) Musieliśmy zaliczyć postój na polance na zbieranie jeżynek:):):)



Kontynuując opowieść z przed kilku tygodni... Tego dnia skoczyliśmy jeszcze tylko na plażę i po dokonaniu zakupów spożywczych, z zapasem winka wróciliśmy do obozu:)
Powiem wam że takiego nocnego nieba jak w Bushaven jeszcze nigdy nie widziałam i nie ma z tym nic do czynienia fakt że jesteśmy po drugiej stronie globu i mamy inne gwiazdy, bardziej chodziło o to że nigdy nie widziałam żeby gwiazdy tak mocno świeciły. Drogę mleczną po prostu można było dotknąć:)
Niestety bezchmurne niebo skończyło się dość szybko i następnego ranka przywitały nas chmury.
Generalnie to było nam to nawet na rękę, bo chodzenie po szlakach w słońcu nie jest przyjemnością, spakowaliśmy więc kanapki i wybraliśmy się do najbliższego schroniska, krętą ścieżką wzdłuż rzeki.
Nie minęło zbyt wiele czasu i zaczęło mżyć a kilka minut później padać. Ale szczerze to na ten deszcz szczerzyła mi się gęba bo las deszczowy po prostu najlepiej wygląda w deszczu:):):) Nie mogłam przez całą drogę wyjść z podziwu jak niesamowicie wyglądają te palmy nikau, paprotniki i porosty ociekające wodą i jak cudownie parują drzewa. Żadne z naszych zdjęć nie oddało nawet w połowie atmosfery tego miejsca:





 Przeprawa przez rzekę musiała być

A takiego maluszka znaleźliśmy na brzegu na kamykach...szybko zakładałam buty:):):)

Po około 5 godzinnej wyprawie w obozie zastała nas niespodzianka w postaci zwianego namiotu i coraz silniejszego deszczu, namiot poprawiliśmy, ale w trakcie przygotowywania obiadokolacji zaczęło tak lać i wiać ze postanowiliśmy przenieść nasze graty do kuchni i tam spędzić noc. Tak więc Chmielu wziął się za zwijanie namiotu, który raczył się złamać od wiatru a w międzyczasie właścicielka campingu zeszła do nas i zaproponowała nam darmowy nocleg w domku kempingowym. Propozycję przyjęliśmy z niemała ulga i noc spędziliśmy w przytulnym suchym i ciepłym domku z pełnym wyposażeniem, podczas gdy na zewnątrz rozpętała się prawdziwa tropikalna ulewa:):)

Rano pogoda znacznie się poprawiła i znów przywitał nas parujący las i jedna dość niepokojąca sprawa...mocno wezbrana rzeka.

 Niepokojąca o tyle, że skoro rzeka wezbrała, to strumienie pewnie też, a więc w jakim stanie jest teraz ta ścieżynka na skraju przepaści którą dotarliśmy na miejsce.....
Na szczęście właściciel kempingu nie tracił czasu, zaprzęgnął mały traktor ze spycharką i przeczyścił dla nas trasę. Podobno utknęło na drodze kilka głazów ale szybko sobie z nimi poradził a strumienie nie były zbyt głębokie. Tak więc wczesnym popołudniem ruszyliśmy do domu i poza kilkoma kamulami na autostradzie nie mieliśmy już żadnych niespodzianek.:):)
Tak więc wypad do Opotiki zaliczam do bardzo udanych, głównie ze względu na piękne widoki i faktor przygody:):)