Kontynuując opowieść z poprzedniego posta...
Gdy tylko otrzymaliśmy nasze paszporty (a muszę tu zaznaczyć że wysyłają je z Londynu kurierem w przeciągu jednego dnia, więc super) zabraliśmy się za zamawianie biletów.
Po poprzednich poszukiwaniach, kiedy to znaleźliśmy bilety za 650E z Pragi utwierdziliśmy się w przekonaniu, że lot z Czech będzie najlepszym rozwiązaniem, oszczędzi nam bowiem dodatkowej przesiadki w jednym z większych Europejskich miast. Nie ma bezpośrednich lotów z Polski do NZ i zawsze trzeba liczyć się z przesiadką w Europie: czy to w Londynie, czy Paryżu czy Frankfurcie oraz oczywiście gdzieś w Azji co oznacza dodatkowe kilka godzin na lotniskach i łączny czas podróży ponad 30h. Lot z Pragi oszczędza nam przesiadki w Europie i skraca czas podróży do 25h z 5 godzinną przerwa w Seulu. Dodatkowym plusem tego lotu jest fakt, że Darek podróżował już tymi liniami lotniczymi (Korean air) i baaardzo je sobie chwali (choć nie wiem czy przypadkiem nie z powodu niezwykłej urody stewardess...) oraz przepyszne koreańskie jedzenie serwowane na pokładzie i na lotnisku w Seulu. Tak więc uparliśmy się na lot z Pragi, mimo, że niestety bilety zdążyły już podrożeć do około 1150E od osoby. Ostatecznie zakupiliśmy bilety na 6 Lipca aby dać sobie czas na załatwienie wszystkich spraw.
Kilka dni później dałam znać Patrycji o dacie naszego przylotu i tu czekała na mnie niespodzianka. Moja pracodawczyni napisała mi w odzewie wspaniałego maila o tym jak mamy sobie poradzić na lotnisku w Auckland, łącznie z poinformowaniem mnie o kolorze autobusu który przewozi pasażerów z terminalu międzynarodowego na krajowy...lol, napisała mi też, że chętnie zapewni nam zakwaterowanie w swoim ośrodku w jednym z budynków dla rezydentów wioski oraz, że odbierze nas z lotniska w New Plymouth.
Na koniec poinformowała mnie iż aby zapewnić mi taka sama ilość godzin pracy jak w kontrakcie (czyli minimum 40 h/tyg) musiała zmienić moja pozycję z opiekuna na terapeutę zajęciowego...
Możecie sobie tylko wyobrazić jak ucieszyła mnie ta wiadomość, nie dość że taki zawód lepiej odpowiada mojemu wykształceniu to na dodatek znajduje się on na tej nieszczęsnej liście wykwalifikowanych zawodów (Skilled occupations) co pozwoli mi na zaaplikowanie o wizę rezydencką w późniejszym czasie:). Wszystko potoczyło się więc nadzwyczaj dobrze a my mogliśmy zacząć zajmować się przygotowaniami do wyjazdu.
A przygotowania oznaczały między innymi przesłanie naszych gratów na miejsce. Z tym było trochę roboty, zwłaszcza, że początkowo nie mogliśmy znaleźć dobrej firmy przewozowej. Pierwsza firma na jaką trafiliśmy zaproponowała nam cenę 4000 zł za 1 kubik (m3) a więc strasznie dużo, kilka następnych nie obsługiwało klientów indywidualnych a jedynie firmy lub w ogóle nam nie odpisało. Ostatecznie skontaktowaliśmy się z firmą spedycyjną OmegAir. Mieli dużo pozytywnych opinii na necie i faktycznie zachowywali się bardzo profesjonalnie. Szybko załatwili wycenę przesyłki na około 3500 zł za całą paletę 80/120/180cm.
Zdecydowaliśmy się podpisać z nimi umowę i umówiliśmy się na odbiór przesyłki na dzisiaj na 10.00.
Wczoraj więc byliśmy cały dzień zajęci pakowaniem pudełek. Niewyobrażalne ile tego wszystkiego było i jak zagraciliśmy mieszkanie.
Na szczęście dostaliśmy ogromne pudła od pani z Leroy Merlin i zmieściliśmy się do czterech, plus trzy mniejsze na komputer, monitor i biureczko oraz mój snowboard. Dzisiaj przewoźnik pojawił się punktualnie i ze wszystkimi dokumentami. Sprawnie razem z Darkiem załadowali wszystko na paletę i owinęli folią a na koniec pstryknęliśmy sobie piękną fotkę z naszym dobytkiem:):)
Zostaliśmy więc w pustym pokoju, a nasze rzeczy zobaczymy dopiero za jakieś 50 dni :( Chmielu już tęskni za swoim komputerem i w zastępstwie kupuje nam laptopa. Mamy też zamiar kupić na szybko jakąś kamerę, aby uwiecznić nasze pierwsze chwile w Nowej Zelandii.
O naszej emigracji do Kraju Długiej Białej Chmury
piątek, 22 czerwca 2012
wtorek, 19 czerwca 2012
Witam.
A więc nareszcie oficjalnie zaczynamy bloga o naszym życiu w Nowej Zelandii. My czyli ja-Wanilia, mąż-Chmiel i córa-Lilianka.
Blog ma służyć dwóm celom, po pierwsze ze względu na utrudniony kontakt z powodu dużej różnicy w czasie chcemy aby nasi najbliżsi byli na bieżąco z tym co się u nas dzieje. Mamy też nadzieję, że w ten sposób ułatwimy sprawę kolejnym emigrantom.
Jako, że jest to nasz pierwszy post opowiem jak to się wszystko zaczęło.
O tym żeby wyjechać zdecydowaliśmy jakieś 2 lata temu. Pomysł nie wziął się z niczego, był bowiem wieloletnim marzeniem mojego męża, ja natomiast musiałam do tego pomysłu dojrzeć w czym pomogły mi 3 lata spędzone w Irlandii.
Po dokładnym przejrzeniu stronki Immigration NZ http://www.immigration.govt.nz/ doszliśmy do wniosku, że powinno się nam udać wyemigrować na mnie na Skilled Migrant Category jako że mam wyższe wykształcenie i 3 lata doświadczenia zawodowego.
Zaczęliśmy więc działać.
W pierwszej kolejności musieliśmy przetłumaczyć kilka dokumentów, takich jak akty urodzenia i dyplomy ukończenia szkół, w następnej kolejności musiałam zaaplikować do New Zealand Qualifications Authority o przekwalifikowanie mojego dyplomu na nowozelandzkie standardy http://www.nzqa.govt.nz/ . To zajęło nam około 2 miesięcy.
Jako że wtedy jeszcze chcieliśmy lecieć na Skilled Migrant Visa wierząc w to, że uda nam się połączyć moje wykształcenie pedagogiczne i doświadczenie zawodowe jako przedszkolanka (Z Irlandii), musiałam się również wystarać o rejestracje nauczycielską.
W tym celu zapisałam się na kurs angielskiego, bo do rejestracji potrzebny był certyfikat IELTS Academic na poziomie minimum 7.0, zdałam za 2-gim razem, blisko rok po tym jak zaczęliśmy nasze starania. W tym samym czasie zaaplikowałam tez (na wszelki wypadek) o rejestracje w Social Workers Registration Board, w razie gdybym zamiast w przedszkolu zechciała szukać pracy w pracy socjalnej. Zarejestrowano mnie w oby dwóch stowarzyszeniach.
Kilka miesięcy później urodziła się nasza córka i gdy tylko dostaliśmy jej paszport postanowiliśmy wypełnić pierwszy formularz o wizę: 'Expression of Interest'.
I w tym momencie rozwiały się nasze złudzenia. Okazało się, że moje doświadczenie zawodowe i studia nie dają się połączyć ponieważ ukończyłam pedagogikę społeczno-opiekuńczą a nie przedszkolną i przez to nie przyznali nam tylu punktów na ile liczyliśmy. Dodatkowo okazało się, że akurat wtedy zawód nauczyciela przedszkolnego stracił na znaczeniu i przestali przyznawać za niego dodatkowe punkty.
Dla tych wszystkich którzy nie znają systemu punktowego w aplikacji o wizę wyjaśnię tylko, że dostaje się je za wiek, wykształcenie i doświadczenie zawodowe ( z tym że musza one być w tym samym kierunku), ofertę pracy oraz partnera. Ważne jest też, że zarówno wykształcenie jak doświadczenie oraz oferta muszą się zaliczać do kategorii 'skilled' co oznacza że musza być na ich specjalnej liście zawodów http://www.immigration.govt.nz/opsmanual/i35162.htm .
Punktów wyszło mi 110, na stronce piszą że 100 to jest minimum, ale z każdym rokiem jest więcej aplikacji i w rzeczywistości trzeba mieć to 140. Zrozumieliśmy wiec, ze bez oferty pracy się nie obejdzie.
Szukanie pracy postanowiliśmy jednak odłożyć na chwile, ponieważ zajęliśmy się przeprowadzką do Polski.
Do Polski przybyliśmy w Grudniu i przez pierwszy miesiąc skoncentrowaliśmy się na Świętach i odwiedzaniu rodzinek. Poszukiwania pracy zaczęłam od stycznia. I tu czekał mnie kolejny zawód. Mimo wysyłania setek CV dziennie odzew był mały a na dodatek okazało się, ze w przedszkolach nie znajdę zatrudnienia.
Nowa z Zelandia jest tak samo restrykcyjna jeśli chodzi o wykształcenie jak Polska i pomimo tego, że zarejestrowano mnie w ichniejszym związku nauczycielskim, podjąć prace jako nauczyciel mogłabym tylko na zastępstwa, jako że tak jak już wspomniałam nie mam pedagogiki wczesnoszkolnej. Praca na zastępstwa czyli tzw Reliving stuff, nie dawałaby mi żadnych podstaw do aplikacji o wizę. Musiałam wiec rozejrzeć się za inna branżą.
Uderzyłam w kierunku pracy socjalnej oraz pracy z osobami starszymi. I po raz kolejny zaczęło się wysyłanie setek CV dziennie. Większość potencjalnych pracodawców, mimo że byli zachwyceni moim CV w pierwszym momencie pytało się czy mam pozwolenie na pracę a gdy okazywało się, że dopiero staram się o wizę szybko znikali. Gdy już powoli zaczynałam tracić nadzieje pojawiła się kobieta która zechciała się ze mną omówić na interview przez skypa.
Sprawy potem potoczyły się gładko. Właścicielka wioski emerytów z New Plymouth, zaproponowała mi posadę opiekuna na pełny etat z szansą na rozwój kariery w kierunku pracy socjalnej w miarę zdobywania doświadczenia. Podpisałyśmy kontrakt w marcu i zaczęłyśmy działania w kierunku wizy.
Niestety zawód opiekun nie widnieje na liście do 'Skilled wizy' wiec musiałam ostatecznie zrezygnować z tej opcji i zacząć się starać o tymczasową wizę pracowniczą.
Najpierw moja pracodawczyni wystosowała podanie do imigracyjnego o pozwolenie na zatrudnienie mnie. Gdy po miesiącu uzyskała zgodę my wystaraliśmy się o zaświadczenia o niekaralności oraz zaświadczenia lekarskie. Do aplikacji o wizy musieliśmy dołączyć jeszcze cała masę różnych dokumentów i w sumie ze wszystkim zeszło nam do końca maja.
Kiedy już wysłaliśmy wszystkie papiery do Londynu, byliśmy przekonani, ze szybciutko wbija nam wizy i zaczęliśmy rozglądać się za biletami. Znaleźliśmy taniutkie bo za 650euro od osoby bilety z Pragi do Auckland na 23 czerwca. Niestety 4 dni po wysłaniu aplikacji dostaliśmy maila z informacją, ze odsyłają nam je z powrotem ponieważ brakuje nam jakichś zaświadczeń medycznych. Wspomnę tu tylko, że za badania zapłaciliśmy 700zł i dostaliśmy je w zalakowanej kopercie z wielkim napisem NIE OTWIERAĆ więc nawet nie wiedzieliśmy co jest w środku. Okazało się, że radiolog nie dołączył opisu do prześwietleń, a wiec gdy tylko dostaliśmy dokumenty do ręki w te pędy ruszyliśmy z Bielska do Krakowa do kliniki. Załatwili nam opisy od reki i od razu wysłaliśmy je do Londynu, byliśmy już jednak tydzień w plecy i wizja wylotu 23 czerwca zaczęła się oddalać.
Po 3 dniach dostaliśmy z Londynu informację, że nasze aplikacje są kompletne i zostały przyjęte do realizacji, niestety kolejnych kilka dni i poinformowali nas, że niestety bazujac na informacjach w moim kontrakcie nie będą mogli wydać mi wizy ponieważ moje zarobki sa za niskie abym mogła zabrac ze sobą dziecko. Po tej informacji popadłam w jednodniowa depresje ale przekazałam tego maila do mojej pracodawczyni (Patrycji). Na szczęście na tyle jej zależało na zatrudnieniu mnie, że zdecydowała się podnieść mi stawkę do wymaganego minimum czyli o całe 2 dolary więcej na godzinę! Przez kolejnych kilka dni nie otrzymałam żadnych informacji ani od Patrycji ani od Imigracyjnego i zaczynałam się denerwować, bo ceny biletów zdążyły już znacznie wzrosnąć.
Ostatecznie dostałam od Patrycji maila, że Imigracyjny zaakceptował moja aplikacje i wyda nam wizy, ale na wiadomość z Londynu czekałam jeszcze tydzień.
I w ten oto sposób, po 2 latach mniejszych i większych starań dostaliśmy śliczne niebieskie pachnące nowością wizy do naszych paszportów
Subskrybuj:
Posty (Atom)