A wiec jesteśmy już w Gisborne, ale chciałabym wrócić do tego jak się tu znaleźliśmy.
Jak wiecie szukałam pracy już od dłuższego czasu ale sama napisałam, że do Gisborne mnie nie ciągnie. Ofert z Gisborne było kilka ale ja starałam się dostać albo na południową wyspę albo do większego miasta. Niestety, wszystkie odpowiedzi jakie dostawałam były odmowne. I tak wyszło że po wyjeździe do Rotoruy nasze nastawienie do szukania pracy znacznie się zmieniło. Głównie dlatego że Rotoruę razem z Gisborne i innymi miejscami na wstępie odrzuciliśmy a po urlopie okazało się że Rotorua jest fantastyczna i strasznie żałowaliśmy, że nigdy do niej nie zaaplikowałam. Doszliśmy więc do wniosku, że może nie warto odrzucać pewnych miejsc bo mogą okazać się na prawdę fajne. Na dodatek tygodnie mijały bez rezultatów a zależało nam na tym żeby zmienić pracę przed końcem listopada, bo potem przez Święta to ciężko dostać wizę w terminie. No i tak się stało, że któregoś dnia wysłałam aplikacje na wszystkie oferty jakie były na internecie. No i nie dłużej jak dwa tygodnie później zaczęli do mnie dzwonić z zaproszeniami na rozmowy kwalifikacyjne. W sumie umówiłam się na trzy rozmowy: Gisborne, Auckland i Taupo. Gisborne zaoferowało mi pracę pierwsze i postanowiłam przyjąć ofertę od razu ponieważ zrobili na mnie baaardzo dobre wrażenie na rozmowie. Cała rozmowa trwała dwie godziny (a była tak miła i interesująca że czułam jakby dopiero minęło 30min) przeplatana była anegdotkami i opowiadaniami o tym jak to miło jest w Gisborne i jakie mają fajne festiwale. Oczywiście część formalna tez była: pytania z kwestionariusza na które odpowiedziałam śpiewająco i zadanie do napisania które zawaliłam bo nie odwróciłam kartki na druga stronę... musiałam potem szybko improwizować...:)
Tak więc dwa tygodnie po rozmowie dostałam ofertę pracy. W Maida Vale wszyscy przyjęli to bardzo dobrze, część ludzi spodziewała się, że niedługo pewnie odejdziemy a szefowa i koleżanka dały mi świetne referencje:)
Ostatni miesiąc w Maida Vale upłynął mi bez większych zmian, program rekreacyjny musi iść dalej więc nie zwolniłyśmy ani na chwilkę organizując dziadkom wycieczki i koncerty oraz na zakończenie mojej kariery w rekreacji zabierając 15 osób z wioski na trzy dniowy konkurs chórów do Wellington do którego przygotowywaliśmy się od 3 miesięcy.
Konkurs wypadł fantastycznie a Wellington jest jednym z najbardziej malowniczo położonych miast jakie widziałam i strasznie ale to strasznie mi się spodobało. Po raz pierwszy od przyjazdu do Nowej Zelandii poczułam się jak w prawdziwym mieście...z wieżowcami, nowoczesnymi budynkami, tętniącym nocnym życiem, kultura niską i wysoką, achhh. Nie, żebyście sobie nie myśleli, że narzekam na nasze dotychczasowe życie blisko natury, ogródek warzywny i spacery po lasach, co to to nie. Ale milo było przejść się wibrującymi muzyką i światłem nocnymi ulicami dużego miasta...:) Poczułam się jak za starych dobrych studenckich czasów w nocnym Krakowie...