poniedziałek, 30 lipca 2012

Goblin Forest

Ale mieliśmy weekend!!:)
Jako, że kupiliśmy autko w piątek, w sobotę postanowiliśmy wykorzystać piękną pogodę i ruszyć w drogę. Górę Taranaki oglądamy codziennie z naszych okien i stwierdziliśmy, że fajnie byłoby przyjrzeć się jej z bliska a więc obraliśmy ją jako cel naszej pierwszej wycieczki i muszę powiedzieć że takiego czegoś jeszcze w życiu nie widziałam:)
Zatrzymaliśmy się w lesie otaczającym wulkan i po zapoznaniu się z trasami wybraliśmy się na 2 godzinny spacer po lesie. Z tym, że nie był to taki las jaki znamy z Polski. Ten las nazywa się Goblin Forest i jest po prostu niesamowity. Każde drzewo jest pokryte grubą warstwą gęstego mchu i porostów oraz obrośnięte lianami. Drzewa miejscami rosną tu tak blisko siebie i otoczone są tak gęstą roślinnością, że gdyby nie ścieżka , to 2 stojące w odległości 3 metrów od siebie osoby mogłyby się nie zauważyć. Generalnie panuje w nim atmosfera tajemnicy i niezwykłości i czasami zastanawialiśmy się czy za jakimś drzewem nie czai się dinozaur, albo czy ścieżka nie zaprowadzi nas do chatki czarownicy:) Chmielu śmiał się przez całą drogę bo  mech był tak wysoki, że cały czas łaskotał go po jajcach:):)
Z reszta co tu dużo pisać, sami zobaczcie:

















Oszołomieni widokami wróciliśmy do samochodu i postanowiliśmy  podjechać 3 km wyżej pod wyciąg narciarski. Po drodze coś zaczęło mi się strasznie tłuc w samochodzie i auto mi cały czas odbijało w jedną stronę. Gdy wysiedliśmy na parkingu okazało się że złapaliśmy gumę. Nie tracąc czasu Chmielu zakasał rękawy i wziął się za wymianę koła a trzeba przyznać, że na górze było dość zimno i wiało. Na szczęście dzielny Chmielu szybko uwinął się z robota:)

Nasza przygoda wcale nas nie zniechęciła do dalszych eksploracji i postanowiliśmy jeszcze zahaczyć o pobliskie miasteczko Inglewood. Wpadliśmy do kafejki na tradycyjne fisch and chips (ryba z frytkami) oraz do centrum informacji turystycznej gdzie ku naszemu zdziwieniu, dowiedzieliśmy się iż po 2 wojnie światowej do Inglewood wyemigrowała spora grupa polskich uchodźców którzy w znacznym stopniu przyczynili się do rozbudowy miasta i na pamiątkę tych wydarzeń w centrum wybudowano fontannę z polskim godłem i tablicą pamiątkową.




Wracając do domu podjechaliśmy do punktu widokowego w centrum miasta. Punktem tym jest ogromne, strome wzniesienie od połowy którego trzeba wspinać się po łańcuchach. Lilka był tak podekscytowana, że aż zasnęła:)


sobota, 28 lipca 2012

Witam wszystkich!!
Chcemy się pochwalić, że kupiliśmy samochód!! Nissana presea - automata:) Tutaj chyba każdy ma automata i muszę przyznać że jeździ się po prostu zaje..ście:) zarejestrowany na 3 miesiące, przeszedł już testy sprawności i chmielu już go ubezpieczył, a co najlepsze ubezpieczył go na mnie i na siebie mimo, że sam nie ma jeszcze prawka:) Babka zapytała go tylko ile czasu mamy prawka, on powiedział że ja mam 3 lata i kobitka wpisała nam obydwojgu 3 lata i zapłaciliśmy tylko $250 za cały rok:) Nawet nie poprosili nas o pokazanie prawa jazdy ani dowodu:) Z każdą chwila bardziej podoba mi się ten kraj:):)


Zdjęcie trochę niewyraźne bo po ciemku, ale tak wygląda nasze autko. Widać tez kilka chwil wcześniej wymienione koło, bo na naszej pierwszej wycieczce złapaliśmy gumę:)

wtorek, 24 lipca 2012

Szukamy mieszkania!!

Nie od dzisiaj co prawda, ale za to dzisiaj znaleźliśmy coś co może okazać się naszym przyszłam lokum. Musze przyznać, że pomimo wielu walorów Nowa Zelandia ma niestety również wady a chyba największą z nich jest ich budownictwo. Domy są tu głównie drewniane, budowane na drewnianych stelażach, które chyba tylko obijają deskami. Ze względu na dość ciepły klimat nikt nie zawraca sobie tutaj głowy takimi rzeczami jak izolacje czy 2 warstwowe szyby w oknach więc zimą bywa w nich chłodno. Poza tym tutejsze domy są z zasady parterowe, nie maja ani piwnic ani poddaszy. Babeczka z która na razie pracuję powiedziała mi że murowane i piętrowe domy nie spisują się tu najlepiej ze względu na trzęsienia ziemi, choć te są stosunkowo rzadkie. Generalnie, mimo że moim zdaniem tutejsze domki wyglądają ładniej niż irlandzkie to nie jestem nimi zachwycona bo przypominają mi bardziej altanki działkowe niż prawdziwe domy. (Nie chcecie znać zdania Chmiela...:)

Chmielu rozglądał się za mieszkankiem dla nas już od samego początku i codziennie wracał do domu bardziej wkur..ony. Wszystkie domy które oglądał były brudne, zimne, wilgotne i zaniedbane. Jedno poszłam oglądać razem z nim i na serio się załamałam, bo to co próbowali nam wcisnąć było zwyczajnie przerobionym garażem a i tak Darek stwierdził, że było to najlepsze miejsce jakie do tej pory oglądał.
Na szczęście dzisiaj trafił na ciekawe ogłoszenie i za trochę wyższa cenę niż za ta którą pierwotnie chcieliśmy coś wynająć znalazł dość ładny domek z przepięknym ogrodem z murowanym grillem, drzewem mandarynkowym, garażem i szklarnią na warzywa:) i ten własnie ogród przekonał nas do złożenia aplikacji o wynajem. Aplikujemy przez agencję więc nie wiemy czy dostaniemy ten domek bo to zależy od tego ilu będzie chętnych i kogo agencja uzna za najbardziej wiarygodnego. Najważniejsze jednak, że odzyskaliśmy wiarę w to że uda się nam w końcu coś fajnego znaleźć.

niedziela, 22 lipca 2012

Pukekura Park

Witam:)
W dzisiejszym odcinku, chciałabym opowiedzieć o naszej wycieczce do parku... Mogło by się wydawać że park to nic ciekawego, otóż nic bardziej mylnego... 
Park w którym byliśmy nazywa się Pukekura Park i jest to z ręką na sercu najpiękniejsze miejsce jakie w życiu widziałam. Przyznam się szczerze, że pierwsze słowa jakie wypowiedziałam po wejściu do niego brzmiały: 'O ja pier.... chyba sobie ze mnie jaja robicie' :) Nie wiem czy ktoś z czytających był kiedyś w prawdziwej dżungli, takiej z lianami i zwisającymi z drzew porostami i storczykami, ale myślę że możecie je sobie wyobrazić:) Otóż tak właśnie wygląda nasz park. Oprócz wymienionych powyżej roślin znajduje się tu również całe mnóstwo kwiatów, są malownicze oczka wodne, mini zoo z ptaszarnią (za free), oczywiście palmy, bananowce i paprotniki są tu zwyczajnie normą. Generalnie to jakbyście się wybrali do ogrodu botanicznego i weszli sobie do palmiarni, to mniej więcej tak tutaj w naszym parku jest. Szczerze to nie potrafię tego nawet opisać. A i jeszcze jedno, już wiem skąd w Awatarze wzięli pomysł na te wszystkie niesamowite drzewa i rośliny.... Jakby ktoś nie wierzył to zamieszczam kilka zdięć, choć na serio nie oddają one tego co widać na żywo. 











A tu jest kilka zwierzaków z mini zoo:



 A te Qury sa boskie; Chmielu kazał mi je chodować w przyszłości:):):)






Chmielu i Lilka szukali wety, czyli największego Nowozelandzkiego owada dochodzącego do wielkości dłoni ale chyba się wszystkie pochowały na zimę, za to spotkali ogromnego motyla (Monarch butterfly) choć nie udało im się zrobić zdjęcia:(

Pochwale się również że do parku dostaliśmy się autkiem pożyczonym od mojej szefowej czyli 9 osobowym wanem, co po moich dotychczasowych doświadczeniach z samochodami, czyli fordem fiestą teścia było wyczynem:)



Odwiedziliśmy też kilka innych ciekawych miejsc o których warto opowiedzieć. Jednym z nich jest np Coastal Walk. Czyli 12 km nadmorska ścieżka prowadząca z Bell Block (gdzie mieszkamy) do portu w New Plymouth. Żeby do niej dojść musimy przejść jakieś 500 metrów przez naszą miejscowość i już dochodzimy do plaży. Ścieżka jest zadbana, asfaltowa ze specjalnie przygotowanymi punktami widokowymi, mapkami, placami zabaw dla dzieciaków i ławeczkami. Jest niezwykle malownicza i widać z niej wspaniałą panoramę ciągnącą się od morza po samą Mount Taranaki







sobota, 14 lipca 2012

Kia ora!!!! Witamy z Nowej Zelandii!!!!

No trochę nam zeszło, ale nareszcie mamy internet i telefon i możemy zdać relację z tego co do tej pory się u nas działo, a trochę tego jest.
Po pierwsze podróż:
Najpierw 5 godzin w samochodach (w liczbie mnogiej bo jechaliśmy na 3 auta z całą ekipą najbliższych nam osób które chciały nas pożegnać:). Fajnie było i aż mi się ciepło na sercu robi jak sobie pomyśle, że wszystkim wam się chciało jechać taki kawał drogi!! :)


Tu nasze ostatnie wspólne zdjęcie:)

Potem było już nudno. Najpierw 9 godzin lotu do Seulu. W Seulu przesiadka i 5 godzin czekania na następny lot. Jedynym plusem było przepyszne koreańskie żarełko na lotnisku i perfumy z duty free:)
Potem kolejny lot trwający bagatela - 11 godzin! Najgorsze, że podczas lotu Lilianka dostała gorączki i trochę marudziła, ale jakoś to przetrwaliśmy.


Nowa Zelandia przywitała nas przepiękną pogodą: nieskazitelnie błękitnym niebem i przyjemnym po upałach w Polsce chłodkiem. Powietrze jest tu niesamowicie czyste i świeże. W sumie na lotnisku w Auckland niewiele było do oglądania więc czekaliśmy cierpliwie na nasz lot do New Plymouth.
Ten lot trwał niecałą godzinkę i ponieważ lecieliśmy stosunkowo nisko, mogliśmy podziwiać wspaniałe widoki. a muszę przyznać że jest tu co oglądać. Wulkan Mount Taranki jest imponujący, zwłaszcza jeśli ogląda się go stojąc nad morzem w otoczeniu palm i paprotników. Tak PALM, są tu również bananowce, drzewa pomarańczowe, eukaliptusy i wszystkie te maleńkie krzaczki które w Polsce hoduje się w doniczkach na oknie a tu rosną do rozmiarów dorodnych drzew:) 
Niestety mój aparat szwankuje i korzystamy tylko z kamery i w związku a tym nie mamy zbyt wielu zdjęć, ale tu jest jedno oraz link do filmu.


http://www.youtube.com/watch?v=Z-EOVwMv85s&feature=youtu.be

Tak na marginesie to jest widok z naszej wioski:):)
Z lotniska tak jak obiecała odebrała nas Patrycja (bardzo miła babka, wiecznie uśmiechnięta i ciesząca się ogromnym szacunkiem wśród pracowników). Zabrała nas do ośrodka i tu przeżyliśmy szok (w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Oglądaliśmy co prawda zdjęcia wioski w internecie:
http://www.maidavale.co.nz/
ale w oryginale wygląda to znacznie lepiej. Wioska jest ogromna, znajdują się tu trzy główne budynki w których mieszkają mniej samodzielni rezydenci oraz domki (villas) pozostałych mieszkańców. Wszystko otoczone jest pięknymi ogrodami, rośnie tu mnóstwo kwiatów i jest trochę jak w bajce. W ośrodkach również jest ładnie, są przestronne, dobrze wyposażone, wszędzie są dywany i wygodne fotele. Rezydenci maja pokoje (a właściwie mieszkania) urządzone według własnego upodobania a wiec każdy jest inny. Nie brakuje w nich niczego: są telewizory plazmowe, komputery, prywatne meble, dzbanuszki, zdjęcia, obrazki, i inne duperelki a w lecie można korzystać z basenu!!. Tu naprawdę szanują mieszkańców i troszczą się o nich:)

Patrycja pozwoliła nam zamieszkać w jednym z pokoi w ośrodku. Nie jest to nic wspaniałego (bo to nie był pokój przeznaczony dla mieszkańców, raczej pomieszczenie gospodarcze) ale niczego nam nie brakuje. Mamy przestronna łazienkę, skombinowali nam łóżeczko turystyczne dla Lilki, dali pościel i ręczniki. Mamy tez lodówkę, czajnik, toster i trochę talerzy a o jedzenie nie musimy się martwić bo zostawiają dla nas obiady i kolacje z tego co ugotowali dla rezydentów. Możemy tez korzystać z ich kuchni oraz wszystkiego co się w niej znajduje (jedzenie) jeśli chcemy.
Mieszkamy z kilkunastoma dziadkami i korzystamy razem a nimi ze wspólnego ogromnego salonu w którym mamy ogromna plazmę, fortepian, stół bilardowy, tony książek i filmów na DVD oraz różnych innych rozrywek jak gry planszowe czy puzzle. Dziadki są zachwycone Lilianką a ona nimi. Uśmiecha się do wszystkich i macha im papa a oni kłócą się o to kto teraz może ją wziąć na ręce:)

Mimo całych tych wygód nie chcemy zostawać tu zbyt długo, bo mamy wrażenie, że już i tak za dużo zawdzięczamy Patrycji a Darek powtarza, że jesteśmy jak Jaś i Małgosia i tylko czeka kiedy po tym całym rozpieszczaniu wsadzą nas do pieca:):) Jako Polacy nie jesteśmy chyba przyzwyczajeni do całej tej uprzejmości i gościnności i cały czas myślimy o tym czego mogą chcieć od nas w zamian. Ale wydaje mi się że tutaj ludzie po prostu tak mają. Co chwila ktoś się nas pyta czy nie potrzebujemy jakiejś pomocy, proponują, że mogą nas podwieźć autem gdzie tylko chcemy albo, że pomogą nam pozałatwiać rożne sprawy.
Również mieszkańcy miasteczka w którym znajduje się nasza wioska emerytów są bardzo mili. Sprzedawcy już nas rozpoznają i witają się z nami serdecznie a kierowca autobusu (zawsze ten sam) tak dobrze kojarzy Darka że z daleka mu trąbi i zatrzymuje się gdzie popadnie (kilkadziesiąt metrów od przystanku) żeby Dark mógł wsiąść do autobusu z Lileczką.
Tak więc nasze pierwsze wrażenia są bardzo pozytywne a w następnym poście napiszę trochę więcej o samym New Plymouth o pogodzie widokach, cenach itp

czwartek, 5 lipca 2012

Nienawidzę pakowania!!!!
Dzisiaj ostatni dzień przed wyjazdem i mamy urwanie głowy z tym wszystkim. Zaliczyliśmy już dzis dentystę, Darek zrobił kimchi dla rodziców, zrobiliśmy zakupy prowiantowe na jutro i kończymy się już pakować. Mają do nas jeszcze wpaść goście pożegnać się i teoretycznie mamy odwiedzić jeszcze babcie, ale szczerze mówiąc to nie wiem kiedy... Padam już normalnie i nerwy zaczynają mi wysiadać, a jeszcze chciałam skoczyć do księgarni kopic sobie najnowsza część Gry o Tron żeby mieć co czytać w samolocie...buuu bo chyba nie zdążę.
A jutro o 8 rano wyjeżdżamy z Bielska, więc następny post będzie już z Nowej Zelandii:)