Kia ora!!!! Witamy z Nowej Zelandii!!!!
No trochę nam zeszło, ale nareszcie mamy internet i telefon i możemy zdać relację z tego co do tej pory się u nas działo, a trochę tego jest.
Po pierwsze podróż:
Najpierw 5 godzin w samochodach (w liczbie mnogiej bo jechaliśmy na 3 auta z całą ekipą najbliższych nam osób które chciały nas pożegnać:). Fajnie było i aż mi się ciepło na sercu robi jak sobie pomyśle, że wszystkim wam się chciało jechać taki kawał drogi!! :)
Tu nasze ostatnie wspólne zdjęcie:)
Potem było już nudno. Najpierw 9 godzin lotu do Seulu. W Seulu przesiadka i 5 godzin czekania na następny lot. Jedynym plusem było przepyszne koreańskie żarełko na lotnisku i perfumy z duty free:)
Potem kolejny lot trwający bagatela - 11 godzin! Najgorsze, że podczas lotu Lilianka dostała
gorączki i trochę marudziła, ale jakoś to przetrwaliśmy.
Nowa Zelandia przywitała nas przepiękną pogodą: nieskazitelnie błękitnym niebem i przyjemnym po upałach w Polsce chłodkiem. Powietrze jest tu niesamowicie czyste i świeże. W sumie na lotnisku w Auckland niewiele było do oglądania więc czekaliśmy cierpliwie na nasz lot do New Plymouth.
Ten lot trwał niecałą godzinkę i ponieważ lecieliśmy stosunkowo nisko, mogliśmy podziwiać wspaniałe widoki. a muszę przyznać że jest tu co oglądać. Wulkan Mount Taranki jest imponujący, zwłaszcza jeśli ogląda się go stojąc nad morzem w otoczeniu palm i paprotników. Tak PALM, są tu również bananowce, drzewa pomarańczowe, eukaliptusy i wszystkie te maleńkie krzaczki które w Polsce hoduje się w doniczkach na oknie a tu rosną do rozmiarów dorodnych drzew:)
Niestety mój aparat szwankuje i korzystamy tylko z kamery i w związku a tym nie mamy zbyt wielu zdjęć, ale tu jest jedno oraz link do filmu.
http://www.youtube.com/watch?v=Z-EOVwMv85s&feature=youtu.be
Tak na marginesie to jest widok z naszej wioski:):)
Z lotniska tak jak obiecała odebrała nas Patrycja (bardzo miła babka, wiecznie uśmiechnięta i ciesząca się ogromnym szacunkiem wśród pracowników). Zabrała nas do ośrodka i tu przeżyliśmy szok (w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Oglądaliśmy co prawda zdjęcia wioski w internecie:
http://www.maidavale.co.nz/
ale w oryginale wygląda to znacznie lepiej. Wioska jest ogromna, znajdują się tu trzy główne budynki w których mieszkają mniej samodzielni rezydenci oraz domki (villas) pozostałych mieszkańców. Wszystko otoczone jest pięknymi ogrodami, rośnie tu mnóstwo kwiatów i jest trochę jak w bajce. W ośrodkach również jest ładnie, są przestronne, dobrze wyposażone, wszędzie są dywany i wygodne fotele. Rezydenci maja pokoje (a właściwie mieszkania) urządzone według własnego upodobania a wiec każdy jest inny. Nie brakuje w nich niczego: są telewizory plazmowe, komputery, prywatne meble, dzbanuszki, zdjęcia, obrazki, i inne duperelki a w lecie można korzystać z basenu!!. Tu naprawdę szanują mieszkańców i troszczą się o nich:)
Patrycja pozwoliła nam zamieszkać w jednym z pokoi w ośrodku. Nie jest to nic wspaniałego (bo to nie był pokój przeznaczony dla mieszkańców, raczej pomieszczenie gospodarcze) ale niczego nam nie brakuje. Mamy przestronna łazienkę, skombinowali nam łóżeczko turystyczne dla Lilki, dali pościel i ręczniki. Mamy tez lodówkę, czajnik, toster i trochę talerzy a o jedzenie nie musimy się martwić bo zostawiają dla nas obiady i kolacje z tego co ugotowali dla rezydentów. Możemy tez korzystać z ich kuchni oraz wszystkiego co się w niej znajduje (jedzenie) jeśli chcemy.
Mieszkamy z kilkunastoma dziadkami i korzystamy razem a nimi ze wspólnego ogromnego salonu w którym mamy ogromna plazmę, fortepian, stół bilardowy, tony książek i filmów na DVD oraz różnych innych rozrywek jak gry planszowe czy puzzle. Dziadki są zachwycone Lilianką a ona nimi. Uśmiecha się do wszystkich i macha im papa a oni kłócą się o to kto teraz może ją wziąć na ręce:)
Mimo całych tych wygód nie chcemy zostawać tu zbyt długo, bo mamy wrażenie, że już i tak za dużo zawdzięczamy Patrycji a Darek powtarza, że jesteśmy jak Jaś i Małgosia i tylko czeka kiedy po tym całym rozpieszczaniu wsadzą nas do pieca:):) Jako Polacy nie jesteśmy chyba przyzwyczajeni do całej tej uprzejmości i gościnności i cały czas myślimy o tym czego mogą chcieć od nas w zamian. Ale wydaje mi się że tutaj ludzie po prostu tak mają. Co chwila ktoś się nas pyta czy nie potrzebujemy jakiejś pomocy, proponują, że mogą nas podwieźć autem gdzie tylko chcemy albo, że pomogą nam pozałatwiać rożne sprawy.
Również mieszkańcy miasteczka w którym znajduje się nasza wioska emerytów są bardzo mili. Sprzedawcy już nas rozpoznają i witają się z nami serdecznie a kierowca autobusu (zawsze ten sam) tak dobrze kojarzy Darka że z daleka mu trąbi i zatrzymuje się gdzie popadnie (kilkadziesiąt metrów od przystanku) żeby Dark mógł wsiąść do autobusu z Lileczką.
Tak więc nasze pierwsze wrażenia są bardzo pozytywne a w następnym poście napiszę trochę więcej o samym New Plymouth o pogodzie widokach, cenach itp