W każdym razie zakończę temat Rotoruy, bo nie jedno się od tego czasu zdarzyło i muszę nadrobić zaległości.
Po wizycie w Parku Termalnym wybraliśmy się na tak zwaną Luge: czyli letni tor saneczkowy. Wyciągiem na górę a potem łiiiiii w dół czterokołowymi saneczkami:):) Oczywiście Lilianka wolała jeździć z tatą bo mama jest za wolna...
Zaraz obok toru znajduje się park/zoo Rainbow Springs Kiwi Wildlife Park. Odwiedziliśmy go ponieważ maja w kolekcji większość Nowozelandzkich zwierząt z ptakiem Kiwi na czele. Niby mieszkamy tu już ponad rok ale Kiwi jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Fajna rzecz w parku to to, że bilet wydawany jest na 24h więc można przyjść kilka razy. I my tak własnie zrobiliśmy bo było już za późno żeby zobaczyć wszystkie ptaki i za wcześnie żeby spotkać Kiwi w naturalnym środowisku (w nocy). Tak więc zrobiliśmy sobie rundkę i postanowiliśmy wrócić jak się ściemni a w międzyczasie poszliśmy na basen termalny.
Po basenie i kolacji wróciliśmy do parku i mimo że trochę się spóźniliśmy i już mieli zamykać to nas wpuścili i mięliśmy prywatną sesję z kiwi:):) Bardzo nieśmiałe ptaki... Ciężko je było po ciemku wypatrzyć w krzakach ale udało się i nawet Lilianka je zauważyła. Co ciekawe każdy ptak musi mieć osobny wybieg bo są bardzo terytorialne i mogłyby się zadziobać.
Nasza przygoda w parku na tym się nie zakończyła bo tak jak napisałam wcześniej nie zobaczyliśmy wszystkich atrakcji tego dnia więc w poniedziałek wróciliśmy. Wzięliśmy udział w pokazie papug które latały nam nad głowami i robiły sztuczki, oglądaliśmy pstrągi przez szybę i zaliczyliśmy "Big Splash". Przeprawę łódką wzdłuż sztucznego strumienia z dinozaurami i sztucznymi ptakami, zakończoną ostrym zjazdem w dół wodospadu (Lilianka miała dobrego stracha- mi tez żołądek podskoczył).
A tu kilku mieszkańców parku
Wiecie dlaczego Rotorua tak bardzo mi się spodobała.
Wiadomo, mnóstwo atrakcji to jedno, ale
co mnie najbardziej zachwyciło to prawdziwy las sekwoi. W Taranaki mamy w
przeważającej części busze i nie można sobie po lesie połazić między drzewami. W buszu pełno kszorów i widoczność na 3 metry
i strasznie mi się tęskni za zwyczajnym lasem. Tak więc z wielką przyjemnością wybraliśmy
się tego dnia na spacer wśród olbrzymów J
Ostatnim punktem naszego programu była wizyta w żywej Maoryskiej
wiosce. Wioska założona dosłownie na gejzerze, otwarta dla zwiedzających ale
zamieszkana. Pod każdym domem się dymi, na środku wielkie wrzące bajoro w
którym mieszkańcy gotują sobie jedzenie. Z jeziora odprowadzone kanały do betonowych
łaźni gdzie podobno cała wioska jak jeden o 18.00 bierze wspólną kąpiel. Na wzgórzu cmentarz a obok świetlica i pokazy
tańców a w centralnym miejscu wioski Marae czyli dom spotkań gdzie odbywają się
wszelkie celebracje. Fascynujące i jednak
trochę dziwne ale na pewno warte zobaczenia.











