niedziela, 27 grudnia 2015

Zimowe wakacje na Samoa:) Lipiec/Sierpień

No to znowu kilka miesięcy mnie nie było.
Ciąża dawała mi się we znaki i po pracy padałam do spania razem z Lilianką więc nie miałam za bardzo czasu ani siły na pisanie bloga.
Teraz już na macierzyńskim i po świętach to mam trochę wolnego czasu więc streszczę wycieczki z ostatnich miesięcy i mam nadzieję, że już będzie mi łatwiej bardziej regularnie uzupełniać bloga. Zwłaszcza, że lato już przyszło, pogoda wspaniała więc za tydzień zaczynamy sezon campingowo wycieczkowy.

A więc zaraz po wycieczce na narty zorganizowaliśmy sobie wakacje na Samoa:)
U nas w NZ niestety w sezonie zimowym nie ma ani jednego święta więc przez pięć miesięcy od czerwca do końca października nie ma ani jednego dnia wolnego od pracy. Dołożyć do tego zimową aurę, chłodniejsze i pochmurniejsze dni i samopoczucie może się trochę pogorszyć. Dlatego postanowiliśmy zrobić sobie 2 tygodnie wolnego i z końcem lipca wylecieliśmy na słoneczną i ciepłą Samoa.

Wyjazd na Polinezję od zawsze był moim marzeniem, od czasu kiedy dostałam w prezencie atlas świata i zobaczyłam urocze zdjęcie półnagiej dziewczyny plecącej naszyjnik z kwiatów na białej plaży w otoczeniu palm kokosowych:) Z Nowej Zelandii najbliżej i najtaniej mamy na Fidżi, Tonga Niue, Samoę i wyspy Cooka. Tym razem najtańsze bilety znaleźliśmy na Samoę.

Oprócz biletów i pierwszego noclegu w stolicy (Apia) nic nie rezerwowaliśmy. Dowiedzieliśmy się z grubsza wcześniej że wyspy można zwiedzać taksówkami i lokalnymi autobusami a nocować najtaniej i najlepiej w tak zwanych 'fale' czyli tradycyjnych Samoańskich chatkach na plaży pokrytych strzechą i bez ścian a jedynie z parawanami z liści kokosowych. Takie fale znajdują się na całej wyspie i wynajmuje się je jak domki kempingowe.

Na Samoa przywitał nas gorący wieczór i właścicielka pierwszego noclegu wraz z synem który pracował jako taksówkarz. Przywieźli nas na miejsce (jakąś godzinkę od lotniska i 10 min od centrum miasta) i ulokowali w jednym z domków, po czym przynieśli nam po orzechu kokosowym do picia i zabawili przez chwilę rozmową. W sumie nie wiadomo kto kogo zabawiał, ale i tak było bardzo miło i 'rodzinnie':) Jako że było późno udaliśmy się spać, nie dane nam było jednak wypocząć. Samoa jest wręcz pełna bezpańskich psów, które niestety ujadały przez pół nocy, natomiast przez drugie pół zawodziły koguty, rano z kolei spać nam nie dały ciężkie maszyny budowlane. Okazało się, że po drugiej stronie ulicy buduje się hotel, a pracę na Samoa ze względu na ukrop zaczynają bardzo wcześnie.

Następnego dnia właścicielka przywitała nas samoańskim śniadaniem, składającym się ze słodkiego chleba, papai z limonką i kokosów do picia. Tak posileni wybraliśmy się pozwiedzać okolicę. Krótki spacer zaprowadził nas nad ocean, gdzie spędziliśmy chwilkę i postanowiliśmy przejechać się do centrum i zorientować w tutejszych atrakcjach, komunikacji, noclegach etc.


'Etline's stay' czyli pierwszy nocleg


A takiego przyjaciela znaleźliśmy na ścianie w sypialni:)

Z centrum informacyjnego wyszliśmy uzbrojeni w mapy, przewodniki i jako takie pojęcie o planie na następne dni. Pierwszym jego punktem była decyzja o pozostaniu w Apia jeszcze jeden dzień aby wziąć udział w tradycyjnej ceremonii odbywającej się w wiosce za centrum informacyjnym, specjalnie przygotowanej aby pokazać turystom trochę Samoańskiej kultury. Tymczasem jednak, jako że mieliśmy jeszcze dużo czasu skierowaliśmy się na plażę do rezerwatu aby sprawdzić jakie to podwodne życie tu znajdziemy.

Plaża niestety płatna, skromna ale urocza. Wielkie drzewa zapewniały nam cień, niewielkie 'fale' rozmieszczone dla wygody turystów, ubikacja i prysznic.



Woda cudownie błękitna i przejrzysta i co najważniejsze pełna podwodnego życia. Wszyscy włącznie z Lilianką wskoczyliśmy w stroje kąpielowe, maski, rurki i do wody. Wyraz twarzy Lilianki gdy ujrzała pierwszą kolorową rybkę był bezcenny, a mnie rozpierała duma na widok mojej niespełna czterolatki samej nurkującej pod wodą:) Ja z Lilianką zostałyśmy przy brzegu oglądając małe rybki i niewielkie koralowce, Chmielu za to swym zwyczajem wypłynął głębiej w rezerwat i zapewnia że widoki były całkiem całkiem, z większymi rybami i dorodnymi kolorowymi koralowcami.







Po wizycie na plaży skoczyliśmy na lody i na lokalny pchli targ i bazar warzywny. Jestem wielką fanką wszelkiego rodzaju targowisk, próbowania nowych potraw, owoców i warzyw wiec nie mogłam sobie takiej przyjemności odpuścić. Niestety trochę się zawiodłam, ponieważ nie znalazłam żadnych niespotykanych czy rzadkich owoców. Bazar pełen był kokosów i bananów, jedyne na co się skusiłam to czipsy z taro, czyli słodkich ziemniaków, na pchlim targu z kolei pełno było chińskiego badziewia, trochę biżuterii ze skorup kokosowych i całe mnóstwo kolorowych koszul, kwiecistych spódnic i lava'lava, czyli chust zakładanych przez mężczyzn woków pasa jak spódnice a przez kobiety jak sukienki (pareo). Zjedliśmy też lokalny specjał panikeke, czyli bułki jak pączki z mięsem w środku, niestety w mojej było więcej tłuszczu niż mięsa...

Na następny dzień, posileni słodkimi drożdżówkami moczonymi w budyniu, bananami, papajami i kokosem spakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy do miasta na pokaz po którym mieliśmy zamiar złapać autobus do Salepaga. Pokaz był na prawdę fantastyczny. Przeprowadzono nas przez kilka fale, a w każdym prezentowane były inne samoańskie tradycje jak tatuowanie, stolarstwo, wyrób tradycyjnych mat, oraz przygotowanie umu czyli posiłku gotowanego na gorących kamieniach przykrytych gruba warstwa liści kokosowych i ziemią. Na koniec artyści odegrali tradycyjną ceremonie powitalna i odśpiewali kilka pieśni a nas poczęstowano posiłkiem z umu na który składała się ryba, taro oraz liście taro w mleku kokosowym. Mnie kuchnia Samoańska nie specjalnie przypadła do gustu...ale występ był bardzo fajny.


Samoański posiłek: pieczone zielone banany, taro, ryba, chlebowiec i liście taro.


Spacer po Samoańskiej wiosce


Występy i ceremonia powitalna

Po pokazie ruszyliśmy w poszukiwanie transportu do Salepaga. Dowiedzieliśmy się wcześniej że lokalny autobus wyrusza w tamta stronę za około pół godziny o 14. Po drodze na przystanek nagabywała nas cała masa taksówkarzy oferujących przejazd do Salepaga tudzież wycieczkę wokół całej wyspy w cenach od 80 do 300 tala. Jak na niewielka i ubogą wyspę ceny na Samoa mają całkiem europejskie, konsekwentnie jednak odmawialiśmy twierdząc że oprócz zachęcającej ceny 8 tala przejażdżka lokalnym kolorowym autobusem bez okien będzie dla nas interesującym przeżyciem i przygodą. Tak wiec dotarliśmy na dworzec i wskoczyliśmy do autobusu do Salepaga. O 14:20 wciąż staliśmy na dworcu. Nie zraziliśmy się zbytnio jako, że ostrzeżono nas że autobusy z reguły nie trzymają się dokładnie rozkładu i odjeżdżają gdy są pełne. Ten był prawie pełny. Zapytaliśmy jednak kierowce kiedy planuje odjechać i jakież było nasze zaskoczenie gdy oświadczył ze wyjeżdża o 17 a autobus o 14 musiał odjechać o 13:30 (na dworcu byliśmy od około 13:40). Lekko nam morale opadły ale po szybkim zastanowieniu postanowiliśmy przesiąść się na inny autobus i wyruszyć w kompletnie inną stronę, czyli na druga wyspę Savai'i. Po 40 min w autobusie wsiedliśmy na prom a potem w kolejny autobus z którego wysiedliśmy w Manase gdzie zakwaterowaliśmy się w  Regina's Beach Fale's gdzie dotarliśmy w sam raz na kolację. Dzień upłynął nam wiec w połowie na podróży. Za to w nocy po raz pierwszy porządnie się wyspaliśmy ukołysani do snu szumem fal.


Samoańska komunikacja czyli kolorowe autobusy:)

Regina's było całkiem przyjemnym miejscem. Fale tuż przy morzu pod wielkimi drzewami chlebowymi a przy samej plaży palmy kokosowe. Plaża jak z pocztówki, raj na ziemi. Błękitny ocean, złoty piasek i słońce:) Jedzenie tez jak na Samoańska kuchnie całkiem smaczne a noclegi około 70 tala od osoby i połowa ceny za dziecko.


Nasz kolejny nocleg czyli Fale 'Regina'


Popijamy kokosy:)


Lilianka wspina się na drzewo chlebowe




'Regina' o poranku


Regina wieczorem:)

Zostaliśmy tu około trzy dni które spędziliśmy pluskając się w wodzie oraz zwiedzając tutejsze atrakcje. Z atrakcji tych odwiedziliśmy przykryty lawą kościół, farmę żółwi oraz snurkowanie na rafach.
Jeśli chodzi o kościół, to nie urzekł mnie zbytnio, ale w żółwiach się zakochałam. Piękne i spokojne stworzenia, pływają w kamiennym słonowodnym basenie. Można je karmić papają oraz wskoczyć do wody i pogłaskać.










Snurkowanie na rafach tez zaliczam do udanych i Lilianka też snurkowała z nami na głębokiej wodzie, pod koniec tylko wskoczyła mi na plecy bo się już zmęczyła:)

Z Reginy ruszyliśmy dalej, tym razem już taksówką bo autobus przejeżdżał w bardzo niesprzyjającej godzinie. Taksówkarz zabrał nas po drodze w kilka miejsc w tym na spacer szczytami drzew. Dla kogoś kto nie mieszkał w Nowej Zelandii może i byłaby to atrakcja, ale dla nas mosty w postaci kładki nad przepaścią są na porządku dziennym. Dlatego 10 metrowy spacer po kładce rozwieszonej pomiędzy dwoma drzewami nie zachwycił mnie, jak również cena 15 tala od osoby (w przybliżeniu 15zł).

Niestety co do cen na Samoa to zawiodłam się bardzo bo wszystko jest drogie i każda 'atrakcja' kosztuje. Za taksówkę zapłaciliśmy 100 tala, a w Nowej Zelandii nocleg na wypasionym polu kempingowym z porządnymi ubikacjami, pralnią, kuchnią, salą telewizyjna i gier oraz wszelkimi bajerami dla dzieciaków jak place zabaw kosztuje tyle samo co nocleg w szałasie na kiepsko utrzymanej plaży na Samoa (70 tala, lub 35 dolarów), a nocleg na w miarę porządnym choć nie wypasionym polu kempingowym kosztuje u nas $17 czyli może 40zł od osoby i dzieci do 5 lat za darmo, gdzie na Samoa liczyli nas za Lilianke połowę ceny.
Ale koniec narzekania, bo widoki warte są takich cen:)





Widoki z auta

Drzewo z którego przeszliśmy kładka na drugie drzewo:)

A to już sama kładka

Kolejne i już ostatnie miejsce w którym nocowaliśmy znajdowało się na samym końcu wyspy, dotarliśmy tam polna dróżką. Plaża urocza, pełna palm kokosowych i bardzo cicha. Taki koniec świata, zero turystów, cisza a spokój. Zniechęceni traceniem czasu na długie podróże z miejsca na miejsce (ze względu na słabą komunikacje publiczną) postanowiliśmy zostać tu do samego końca. Niestety karta do aparatu nam padła i nie mam więcej zdjęć. 
Tu również czas upłynął nam błogo a urozmaiceniem pomiędzy opalaniem się i pluskaniem w wodzie była przejażdżka samochodem wokół wyspy i wizyta w kościele. Na drugi dzień na nasza plażę przyjechała parka turystów z Czech wynajętym samochodem którego nam użyczyli na kilka godzin. Zrobiliśmy więc rundkę wokół wyspy (około 3 godziny). A w niedziele zostaliśmy zaproszeni przez mieszkańców pobliskiej wsi na mszę. Mieszkańcy byli bardzo miło i przyjęli nas do swojego grona. Ksiądz oficjalnie publicznie powitał nas w parafii i pobłogosławił a Lilianka była zachwycona śpiewaniem i choć po Samoańsku nic nie mówi to przyłączyła się do dzieciaków z chórku.

Tylko ostatni dzień niestety uważam za całkowicie zmarnowany ponieważ upłynął nam na całodziennej podroży na lotnisko, które znajdowało się może 5 godzin drogi od nas, ale po kolei. Jedyny autobus jadący w stronę promu odjeżdżał koło 9:30, musieliśmy wiec wyjechać koło 8 rano ze względu na niedokładność rozkładów jazdy. Taksówkarz zabrał nas na przystanek za jedyne 20 tala za 10 minutowa podróż, następnie autobusem 2 godziny bo zatrzymywał się co chwile, zabierając ludzi z różnorodnym dobytkiem i nawet kierowca sobie wyskoczył zrobić zakupy po drodze:) Autobus przepełniony tak że ludzie siadali sobie na kolanach, ale to zupełnie normalne na Samoa:) Następnie czekaliśmy na prom który odpływał o 2 po południu. Na promie godzina a potem  albo 15 minut na lotnisko albo 1 godzina do miasta. Normalnie to byśmy do miasta pojechali bo samolot dopiero o 22, ale z miasta nie ma już autobusów powrotnych a nie uśmiechało się nam kolejnych 100 tala płacić za taksówkę, wiec od 3:30 do 22 czekaliśmy na lotnisku.

Generalnie cały wyjazd pozostawił mnie z mieszanymi uczuciami. Okoliczności przyrody wspaniałe jak widać na zdjęciach, mieszkańcy mili i z całą pewnością na wyspy wrócimy. Tym razem jednak lepiej przygotowani. Jeśli chodzi o Samoa to moim zdaniem wszystkie 'atrakcje' oprócz występów w Apia, można sobie spokojnie odpuścić, bo drogie i zupełnie nie spełniają oczekiwań. A co do noclegów to polecam wybrać sobie jedno, możne 2 miejsca na pobyt bo strata czasu na zmianę lokacji ogromna, albo koszty transportu wysokie. Ale generalnie warto i ciesze się że spełniłam swoje marzenie o Polinezji, choć na Francuska jeszcze na mnie czeka:):)

środa, 16 grudnia 2015

Zaległości c.d. narty na Rainbow Ski field / Lipiec

Trzecią większą wycieczką były narty w Lipcu. Chmielu po raz pierwszy dostał wolne w niedziele wiec mieliśmy cały dzień.
Stok narciarski mamy godzinę drogi od domu, nie jest jakiś specjalny, trzy wyciągi (w tym ośla łączka) w dodatku orczyki, ale z braku laku dobre i to, zwłaszcza że okolica jest również piękna bo obok dwa duże jeziora, i alpejskie krajobrazy.
Kupiliśmy też Liliance pierwsze plastikowe nartki.
Wycieczka bardzo udana, Chmielu trochę pośmigał na nartach, ja się odważyłam raz zjechać na desce (w końcu to juz połowa ciąży:) i Lilianka też spróbowała stanąć na nartach, choć trochę się jej nogi rozjeżdżały:) Pogoda była prześliczna, słonko prażyło i w przerwach między jeżdżeniem grzaliśmy się na słoneczku popijając kawkę z kafejki i zajadając nasz prowiant:)











poniedziałek, 13 lipca 2015

Zaległości cd

Drugą wycieczką na którą udało się nam wybrać było Hanmer Springs, czyli gorące źródła w Hanmer. Jakieś 4 godziny od nas w stronę Christchurch.
Kiedy zdałam sobie w pracy sprawę z tego że mam około 10 dni chorobowego, postanowiłam to wykorzystać i zadzwoniłam którejś środy do pracy, że jestem chora. Spakowaliśmy się i pojechaliśmy na 2 dni na gorące źródła.
Pogoda już zaczęła się robić pochmurna i raczej chłodna, bo u nas jesień, więc wizja moczenia pupy w ciepłej wodzie bardzo mi pasowała.
Zdjęć nie mamy dużo, tylko z podróży, ale widoczki były niczego sobie. Górska konkretne, nawet szczyty trochę śniegiem przysypane. Takie trochę dramatyczne widoki.
Same źródełka super. Fajnie zrobione, dużo basenów o różnej temperaturze, od 25C do 42C. W pierwszy dzień to już po ciemku się kąpaliśmy, ale atmosferka była fajna, a jak się potem fajnie spało:). Na następny dzień całe rano do lunchu się moczyliśmy, Lilianka, mimo zimna, na wodnym placu zabaw ze zjeżdżalniami poszalała z tatą, a ja głównie się relaksowałam. Potem burgery na lunch i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Krótki wypad, zwłaszcza, że podróż kilkugodzinna ale i tak warto było, no i na pewno tam wrócimy kiedyś w zimie, bo niedaleko jest stok narciarski więc fajnie będzie połączyć narty z gorącymi źródłami:):)




niedziela, 12 lipca 2015

Zaległości z 3 miesięcy

Hej
Jak zwykle nadrabiam blogowe zaległości. Laptop nam padł i jakoś mi się przez to nie zbierało do pisania bo Chmielu zawsze okupuje PC. No a poza tym od kilku tygodni chodzę spać z kurami, o 20 jestem po prostu nieprzytomna...dlaczego?? No bo spodziewamy się dzidziusia!!!!!:):):)
I jakoś tak organizm mi reaguje że sypiam po 12 godzin.
Poza tym wycieczek też aż tak dużo nie było, bo Chmielu cały czas tylko w weekendy pracuje więc tylko popołudnia nam zostają.
Ale udało się nam wyrwać na większe wypady trzy razy.

Pierwszy był Wielkanocny wypad na Malborough Sounds. Soundsy jest to labirynt wyżłobionych przez morze zatoczek i wysp znajdujących się na samej północy południowej wyspy. Kiedy przyjechaliśmy na południową wyspę mieliśmy przyjemność przyjrzeć się im z grubsza, ale obiecaliśmy sobie że przy pierwszej nadarzającej się okazji wrócimy i pozwiedzamy sobie okolice.
No wycieczka była wspaniała. No może poza moim słabym samopoczuciem związanym z całodziennymi porannymi mdłościami, ale i tak było super.
W drodze na miejsce zatrzymamy się na postój nad fajną rzeczką i odkryliśmy super kemping i kilka tresek spacerowych do których na pewno kiedyś wrócimy.
Dotarliśmy na miejsce wieczorkiem i nocowaliśmy na kempingu nad samym morzem. Rano przywitał nas wspaniały widok. Błękitne morze, białe żaglówki, lasy i mgły delikatnie unoszące się nad zatoczką.



Zaraz po śniadaniu ruszyliśmy przyjrzeć się z bliska Queen Charlotte track, czyli najsłynniejszej i najbardziej malowniczej trasie trekingowej a tych okolicach. Cały szlak zajmuje kilka dni, zupełnie nie na moje możliwości...ale wybraliśmy sobie około godzinną traskę do punktu widokowego. droga zajęła nam dobrze ponad godzinkę bo mnie trochę osłabiło, ale było warto bo widoki po prostu niesamowite.









W drodze powrotnej skoczyliśmy na przekąskę i lody do uroczej kafejki w jednej z zatoczek i odkryliśmy też fantastyczny kemping, ukryty na końcu wąskiej polnej drogi do którego również na pewno wrócimy.
A po drodze jeszcze kilka fotek: