No to się wreszcie wzięłam do tego bloga. Jakoś ostatnio wcale mi się nie składało żeby usiąść i coś naskrobać, tym bardziej, że nic ciekawego się nie dzieje.
Mówią, że zaczęła się zima (a właściwie to że jest w pełni) choć nam ciężko w to uwierzyć, pogoda generalnie nie najgorsza, trochę w kratkę no i chłodniej się zrobiło, bo tak koło 10-15C. Ale chyba przez tą pogodę oraz fakt, że wszędzie (w okolicy) już byliśmy to nie mam o czym pisać. Weekendy upływają nam pod znakiem basenu i parku w sobotę oraz domu w niedzielę przetykanych wizytami namolnej koleżanki Tereski. W zeszły weekend tylko dla odmiany wybraliśmy się do centrum zabaw dziecięcych na zjeżdżalnie no i miałyśmy z Lilianką trochę uciechy a za tydzień idziemy do innej koleżanki z pracy (Samanty) której dwie córy będą miały łączone urodziny:)
A no i tak z ciekawszych rzeczy to za trzy tygodnie jedziemy na narty na Ruapehu na 4 dni ze wspomnianą już wcześniej Teresą i jej 13 letnim synem i z Ryśkiem (który pomaga mi w pracy przy organizacji wycieczek) jego żoną i 3 letnia córką.
No a tak w ogóle to przede wszystkim zabrałam się za bloga bo minął właśnie rok od naszego przyjazdu do NZ, a dokładnie minął tydzień temu bo 8 lipca i stwierdziłam, że warto zrobić jakieś podsumowanie. No więc generalnie to mogę z całą pewnością powiedzieć, że podjęliśmy dobrą decyzje z tym wyjazdem. Nowa Zelandia jak najbardziej spełniła nasze oczekiwania, jest piękna, słoneczna i czysta a ludzie są przyjaźni i pomocni. Jest to kraj wielkich możliwości i wystarczy chcieć a można tu wiele osiągnąć.Oczywiście ma też swoje minusy, przede wszystkim pomimo wszystko jest to zadupie a po drugie kiwisi charakteryzują się generalnym tumiwisizmem i w nosie maja jakieś standardy jakości. I tak na przykład domy maja byle jakie (ważne, że dom ma dach i proste-w miarę-ściany), obierają się w byle co i jak coś działa to jest dobre (nie ważne, że mogło by być bardziej wydajne, wygodniejsze czy ładniejsze).
Co do mnie i Chmiela to osiągnęliśmy wszystko co sobie założyliśmy. Bo w sumie niewiele było założeń, wiadomo było, że pierwszy rok będzie głównie polegał na zaadaptowaniu się do nowego kraju i rozeznaniu w sytuacji a naszym jedynym planem było zdać prawka i przepracować dla Maida Vale rok czasu. No i tak tez się stało - nie chwaląc się w zeszłym miesiącu odebraliśmy nasze Nowozelandzkie prawka jazdy. Oprócz tego to nabyliśmy samochód i trochę (właściwie to wszystkie) mebli, zmieniliśmy mieszkanie dwa razy, nauczyliśmy się wyrabiać sery, chleby i wędliny, poznaliśmy kupę fajnych ludzi i pozwiedzaliśmy trochę północna wyspę. Zrobiliśmy tez dużo dobrego w Maida Vale ale o tym nie będę się rozpisywać. W każdym razie powoli dochodzę do wniosku, że z grubsza spłaciliśmy nasz dług wdzięczności i czas zacząć następny rozdział naszego dążenia do spełnienia marzeń.
Bo z marzeń na ten rok to przede wszystkim chcemy zdobyć wizę rezydencką i przeprowadzić się na południową wyspę. Ja chciałabym wreszcie zacząć pracować w swoim zawodzie, najlepiej dla CYF bo u nich są największe szanse na rozwój kariery a Chmielowi marzy się albo praca w grafice albo jakiś przydatny męski zawód gdzie mógłby się nauczyć własnoręcznie wykonywać rzeczy przydatne w domu jak meble. Chcemy też wreszcie wybrać się na jakieś prawdziwe wakacje i spełnić mój odwieczny sen o Polinezji Francuskiej:):). A co będzie potem to się zobaczy, na razie i tak "living a dream" idzie nam całkiem nieźle:)