poniedziałek, 23 lutego 2015

Zwiedzamy Nelson

Zwiedzamy Nelson

Naszym zwyczajem zaraz po przyjeździe zaczęliśmy zwiedzać Nelson i okolice.
Puki co pogoda była całkiem fajna,więc co weekend jeździliśmy w inne miejsce.
Jak wiecie pierwszy tydzień spędziliśmy u znajomych, a że nie mieliśmy pracy to praktycznie codziennie gdzieś jeździliśmy, od spacerów po Motuece (gdzie mieszkaliśmy przez pierwszy tydzień), przez wycieczki na pobliskie plaże, staraliśmy się lepiej poznać nasze nowe miejsce zamieszkania.
Co bardzo mi się podoba w Nelson to to, ze co weekend odbywa się tu jakiś festyn, czasem nawet kilka naraz, wiec byłoby dziwne gdybyśmy choć raz się na festyn nie wybrali. Wiec w pierwszy weekend pojechaliśmy do pobliskiego Mouture na festiwal czarnej porzeczki. Nasz region słynny jest z sadów owocowych i winiarni i wiele krajowych produktów owocowych jak soki i drzemy wytwarzanych jest właśnie tu. Festyn jak festyn: stragany, jedzenie i muzyka, oczywiście największa atrakcja dla Lilianki i jej japońskiej koleżanki Sany było malowanie twarzy i jazda na kucyku.






Kolejny wypad to już po przeprowadzce do Nelson, Founders Park. Jest to duży park tematyczny, a tematem są założyciele Nelson. Tak więc stare domy i sprzęty, stary koscioł i młyn oraz kolejka, kafejka i sprzęty.
A generalnie to postanowiliśmy się tam wybrać ponieważ odbywała się właśnie wystawa starych samochodów, takich sprzed 49' roku.
Jak widzicie na zdjęciach było ciekawie.












Z kolejnych wycieczek, w zeszłym tygodniu byliśmy na farmie-zoo. Lilianka uwielbia zwierzaki więc była zachwycona.Wzięliśmy też Sanę. Dziewczyny złapały za kubełki z karma i ruszyły biegiem do zwierzaków.
Na początku Lilianka trochę się bała ale szybko samą zaczęła z ręki karmić male lamy I owieczki. Oczywiście jazda na osiołku też musiała być.
Lilianka trenuje bo nasi współlokatorzy,mają konie i sprowadzają za tydzień kuca i już obiecali Lilce jazdy:)










A w ten weekend z kolei mieliśmy jechać na kemping, ale pogoda się popsuła i zostaliśmy w Nelson. Nakupowałam więc sadzonek do ogródka, z zamiarem kopania w glebie. Ale gdy wróciliśmy z zakupów pogoda tak się poprawiła, że pojechaliśmy na moją ulubioną plażę w Kaiteriteri. Było super, Liliana urządziła sobie spływ w dół strumienia na desce.
Spotkaliśmy też płaszczkę (niestety nie mamy zdjęcia) oraz kraba:). A na zakończenie poszliśmy nazbierać muszli na przekąskę.










Na drugi dzień pogoda się na dobre zepsuła i postanowiliśmy poszukać czegoś ciekawego do roboty w mieście. Chmielu wypatrzył niedawno kafejkę przyjazną dzieciom. Zajrzeliśmy więc i okazało się że jest to studio garncarsko-artystyczne gdzie można sobie przy kawie i ciastku z dzieciakami pomalować gliniane drobiazgi, od figurek po misy, talerze i kubki.
Wybrałyśmy więc sobie z Lilianką po figurce i profesjonalnie ubrane w fartuchy zabrałyśmy się  do dzieła po czym wypiłyśmy: ja kawkę a Lilianka fluffiego czyli mleczną piankę:)
Za tydzień wypalone figurki będą do odbioru.
A po powrocie do domu nazrywałyśmy kosz warzyw z ogródka. Ugotowałyśmy makaron z cukinii z własnym świeżym pesto z bazylii z ogródka. Oczyściłyśmy i ugotowałyśmy zebrane wczoraj muszle i posilone takim posiłkiem kładziemy się spać :)



Oczywiście zwiedziliśmy więcej miejsc od kiedy jesteśmy w Nelson. Ale tylko z tych mamy zdjęcia:)


czwartek, 12 lutego 2015

Zmiany


Wreszcie mogę się zająć porządnie moim blogiem. Co prawda laptopa jeszcze nie mam ale za to zainstalowałam sobie bloga na moim pracowniczym iPadzie.
A więc do rzeczy. 
Tak jak wspomniałam w poprzednim poście ostatnio wiele się u nas zmieniło.Przede wszystkim w połowie Grudnia dostaliśmy wreszcie wizę rezydencką!!! Hurra!!! Tak więc nareszcie jesteśmy zupełnie wolni, możemy robić to co chcemy, wyjeżdżać tam gdzie chcemy, pracować tam gdzie chcemy i zostać w Nowej Zelandii na zawsze!!!!
Jak wiecie od dłuższego czasu zastanawialiśmy się z Chmielem nad wyjazdem z Gisborne. Pewnie wspominałam również że bardzo chcieliśmy się przeprowadzić do Nelson. Tak więc gdy tylko pojawiła się oferta pracy w mojej firmie w Nelson od razu zaaplikowałam. Pod koniec grudnia zaproszono mnie na rozmowę kwalifikacyjną i zostałam wybrana spośród 6 kandydatów.
Święta upłynęły więc nam głównie (poza wspomnianym w poprzednim poście wyjeździe) na przygotowaniach do przeprowadzki. Musieliśmy szybko poinformować właściciela domu, że będziemy się wyprowadzać, zorganizować sobie magazyn żeby przechować w nim meble, oraz dać znać naszym znajomym w Nelson że przyjeżdżamy.
 Ostatnie tygodnie w pracy były też bardzo ciężkie ponieważ musiałam pozamykać wiele z moich spraw i zostawić wszystko w jako takim porządku dla osób które przejmą te ze spraw których nie dało się zamknąć.
Wszystko udało się nam załatwić bez problemu i spakowani do auta ruszyliśmy do Nelson 23 Stycznia. Południowa wyspa przywitała nas niesamowitymi widokami w Pikton: błękitnym morzem, przepięknymi zalesionymi wybrzeżami, palmami, oraz wysokimi górami. Jest tu naprawdę wszystko czego tylko człowiek może zapragnąć, od złotych piasków i palm po poprawie 2000 szczyty. Przez pierwszy tydzień mieszkaliśmy u naszych znajomych w miasteczku oddalonym 30 min od Nelson i zapoznawaliśmy się z okolicą. Ja pracę zaczęłam tydzień po przyjeździe i póki co koszmarnie się nudzę . Weekendy oraz każdą wolną chwilę spędzamy na zwiedzaniu. Co prawda jesteśmy tutaj dopiero od 3 tygodni, ale wydaje mi się że nareszcie trafiliśmy do miejsca w którym chcielibyśmy zostać. Nelson jest bardzo ładne i jest tu wszystko czego zawsze szukaliśmy. Tras na wyprawy jest bez liku, mamy kilka przepięknych plaż, ogromy niedzielny targ i festiwali na pęczki. 
Udało się nam również znaleźć całkiem fajne mieszkanko do wynajęcia. Mieszkamy około 15 min od Nelson w miasteczku zwanym Richmond  a dokładnie na jego obrzeżach. Do morza mamy jakieś 200 metrów, z okna widok na góry, tuz obok trasa rowerowa. Mieszkamy na bocznej drodze praktycznie na wsi w bardzo dużym domu który dzielimy z inna rodzinką, ale do nas należy całe piętro na górze. Mamy osobny wjazd, wejście i osobny trawnik , choć ogromny warzywniak dzielimy z nimi.
Muszę też dodać że Chmielu już na 3 dzień znalazł sobie pracę więc również Liliance musieliśmy szybciutko znaleźć przedszkole. Puki co jest zadowolona.

Jak zwykle zamieszczam zdjęcia:

 Pierwsze kroki na południowej wyspie. Picton



Trasa z Picton do Nelson, zapierające dech w piersiach widoki


Rozgwiazdy na pobliskiej plaży.
Może z tydzień po przyjeździe zabraliśmy Liliankę i jej koleżankę  do Marahau nad morze. Marahau jest ostatnia mieściną przed Parkiem Narodowym Tasmana. Właśnie był odpływ i takie skarby znaleźliśmy w morskich kałużach. Jak również wiaderko muszli które zjedliśmy do kolacji:)



Atu zdjęcie z portu w Motuece

Oraz zdjęcie z najpiękniejszej jaką do tej pory widzieliśmy plaży w Kaiteriteri. Przedsmak tego co nas czeka w Parku Narodowym Tasmana:):)