wtorek, 19 czerwca 2012

Witam.
A więc nareszcie oficjalnie zaczynamy bloga o naszym życiu w Nowej Zelandii. My czyli ja-Wanilia, mąż-Chmiel i córa-Lilianka.
Blog ma służyć dwóm celom, po pierwsze ze względu na utrudniony kontakt z powodu dużej różnicy w czasie chcemy aby nasi najbliżsi byli na bieżąco z tym co się u nas dzieje. Mamy też nadzieję, że w ten sposób ułatwimy sprawę kolejnym emigrantom.
Jako, że jest to nasz pierwszy post opowiem jak to się wszystko zaczęło.

O tym żeby wyjechać zdecydowaliśmy jakieś 2 lata temu. Pomysł nie wziął się z niczego, był bowiem wieloletnim marzeniem mojego męża, ja natomiast musiałam do tego pomysłu dojrzeć w czym pomogły mi 3 lata spędzone w Irlandii. 
Po dokładnym przejrzeniu stronki Immigration NZ http://www.immigration.govt.nz/ doszliśmy do wniosku, że powinno się nam udać wyemigrować na mnie na Skilled Migrant Category jako że mam wyższe wykształcenie i 3 lata doświadczenia zawodowego.

Zaczęliśmy więc działać.
W pierwszej kolejności musieliśmy przetłumaczyć kilka dokumentów, takich jak akty urodzenia i dyplomy ukończenia szkół, w następnej kolejności musiałam zaaplikować do New Zealand Qualifications Authority o przekwalifikowanie mojego dyplomu na nowozelandzkie standardy  http://www.nzqa.govt.nz/ . To zajęło nam około 2 miesięcy.
Jako że wtedy jeszcze chcieliśmy lecieć na Skilled Migrant Visa wierząc w to, że uda nam się połączyć moje wykształcenie pedagogiczne i doświadczenie zawodowe jako przedszkolanka (Z Irlandii), musiałam się również wystarać o rejestracje nauczycielską. 
W tym celu zapisałam się na kurs angielskiego, bo do rejestracji potrzebny był certyfikat IELTS Academic na poziomie minimum 7.0, zdałam za 2-gim razem, blisko rok po tym jak zaczęliśmy nasze starania. W tym samym czasie zaaplikowałam tez (na wszelki wypadek) o rejestracje w Social Workers Registration Board, w razie gdybym zamiast w przedszkolu zechciała szukać pracy w pracy socjalnej. Zarejestrowano mnie w oby dwóch stowarzyszeniach.
Kilka miesięcy później urodziła się nasza córka i gdy tylko dostaliśmy jej paszport postanowiliśmy wypełnić pierwszy formularz o wizę: 'Expression of Interest'. 
I w tym momencie rozwiały się nasze złudzenia. Okazało się, że moje doświadczenie zawodowe i studia nie dają się połączyć ponieważ ukończyłam pedagogikę społeczno-opiekuńczą a nie przedszkolną i przez to nie przyznali nam tylu punktów na ile liczyliśmy. Dodatkowo okazało się, że akurat wtedy zawód nauczyciela przedszkolnego stracił na znaczeniu i przestali przyznawać za niego dodatkowe punkty.
Dla tych wszystkich którzy nie znają systemu punktowego w aplikacji o wizę wyjaśnię tylko, że dostaje się je za wiek, wykształcenie i doświadczenie zawodowe ( z tym że musza one być w tym samym kierunku), ofertę pracy oraz partnera. Ważne jest też, że zarówno wykształcenie jak doświadczenie oraz oferta muszą się zaliczać do kategorii 'skilled' co oznacza że musza być na ich specjalnej liście zawodów http://www.immigration.govt.nz/opsmanual/i35162.htm .
Punktów wyszło mi 110, na stronce piszą że 100 to jest minimum, ale z każdym rokiem jest więcej aplikacji i w rzeczywistości trzeba mieć to 140. Zrozumieliśmy wiec, ze bez oferty pracy się nie obejdzie.
Szukanie pracy postanowiliśmy jednak odłożyć na chwile, ponieważ zajęliśmy się przeprowadzką do Polski.


Do Polski przybyliśmy w Grudniu i przez pierwszy miesiąc skoncentrowaliśmy się na Świętach i odwiedzaniu rodzinek. Poszukiwania pracy zaczęłam od stycznia. I tu czekał mnie kolejny zawód. Mimo wysyłania setek CV dziennie odzew był mały a na dodatek okazało się, ze w przedszkolach nie znajdę zatrudnienia.
Nowa z Zelandia jest tak samo restrykcyjna jeśli chodzi o wykształcenie jak Polska i pomimo tego, że zarejestrowano mnie w ichniejszym związku nauczycielskim, podjąć prace jako nauczyciel mogłabym tylko na zastępstwa, jako że tak jak już wspomniałam nie mam pedagogiki wczesnoszkolnej. Praca na zastępstwa czyli tzw Reliving stuff, nie dawałaby mi żadnych podstaw do aplikacji o wizę. Musiałam wiec rozejrzeć się za inna branżą.
Uderzyłam w kierunku pracy socjalnej oraz pracy z osobami starszymi. I po raz kolejny zaczęło się wysyłanie setek CV dziennie. Większość potencjalnych pracodawców, mimo że byli zachwyceni moim CV w pierwszym momencie pytało się czy mam pozwolenie na pracę a gdy okazywało się, że dopiero staram się o wizę szybko znikali. Gdy już powoli zaczynałam tracić nadzieje pojawiła się kobieta która zechciała się ze mną omówić na interview przez skypa. 
Sprawy potem potoczyły się gładko. Właścicielka wioski emerytów z New Plymouth, zaproponowała mi posadę opiekuna na pełny etat z szansą na rozwój kariery w kierunku pracy socjalnej w miarę zdobywania doświadczenia. Podpisałyśmy kontrakt w marcu i zaczęłyśmy działania w kierunku wizy.
Niestety zawód opiekun nie widnieje na liście do 'Skilled wizy' wiec musiałam ostatecznie zrezygnować z tej opcji i zacząć się starać o tymczasową wizę pracowniczą. 
Najpierw moja pracodawczyni wystosowała podanie do imigracyjnego o pozwolenie na zatrudnienie mnie. Gdy po miesiącu uzyskała zgodę my wystaraliśmy się o zaświadczenia o niekaralności oraz zaświadczenia lekarskie. Do aplikacji o wizy musieliśmy dołączyć jeszcze cała masę różnych dokumentów i w sumie ze wszystkim zeszło nam do końca maja. 
Kiedy już wysłaliśmy wszystkie papiery do Londynu, byliśmy przekonani, ze szybciutko wbija nam wizy i zaczęliśmy rozglądać się za biletami. Znaleźliśmy taniutkie bo za 650euro od osoby bilety z Pragi do Auckland na 23 czerwca. Niestety 4 dni po wysłaniu aplikacji dostaliśmy maila z informacją, ze odsyłają nam je z powrotem ponieważ brakuje nam jakichś zaświadczeń medycznych. Wspomnę tu tylko, że za badania zapłaciliśmy 700zł i dostaliśmy je w zalakowanej kopercie z wielkim napisem NIE OTWIERAĆ więc nawet nie wiedzieliśmy co jest w środku. Okazało się, że radiolog nie dołączył opisu do prześwietleń, a wiec gdy tylko dostaliśmy dokumenty do ręki w te pędy ruszyliśmy z Bielska do Krakowa do kliniki. Załatwili nam opisy od reki i od razu wysłaliśmy je do Londynu, byliśmy już jednak tydzień w plecy i wizja wylotu 23 czerwca zaczęła się oddalać.
Po 3 dniach dostaliśmy z Londynu informację, że nasze aplikacje są kompletne i zostały przyjęte do realizacji, niestety kolejnych kilka dni i poinformowali nas, że niestety bazujac na informacjach w moim kontrakcie nie będą mogli wydać mi wizy ponieważ moje zarobki sa za niskie abym mogła zabrac ze sobą dziecko. Po tej informacji popadłam w jednodniowa depresje ale przekazałam tego maila do mojej pracodawczyni (Patrycji). Na szczęście na tyle jej zależało na zatrudnieniu mnie, że zdecydowała się podnieść mi stawkę do wymaganego minimum czyli o całe 2 dolary więcej na godzinę! Przez kolejnych kilka dni nie otrzymałam żadnych informacji ani od Patrycji ani od Imigracyjnego i zaczynałam się denerwować, bo ceny biletów zdążyły już znacznie wzrosnąć.
Ostatecznie dostałam od Patrycji maila, że Imigracyjny zaakceptował moja aplikacje i wyda nam wizy, ale na wiadomość z Londynu czekałam jeszcze tydzień.
I w ten oto sposób, po 2 latach mniejszych i większych starań dostaliśmy śliczne niebieskie pachnące nowością wizy do naszych paszportów





2 komentarze:

  1. Witajcie :) Jak znalazłam was w czeluściach internetu? - nie sposób pojąć.
    Powoli przejrzę wszystkie posty. Postanowiłam zacząć od początku :)
    Alinko, twórz ten blog. W końcu będziesz miała tu więcej gości. Może rozszerz możliwość komentowania... wpis utrudnia też szyfr nie do przepisania ;)
    Pozdrawiam :)
    Alina
    http://razemzcieniem.blogspot.com/
    http://fiordubrzegdziki.blog.onet.pl/
    http://genoweefaa.blog.onet.pl/

    OdpowiedzUsuń
  2. witaj:) od paru dni czytam Twojego bloga i podziwiam cudowne widoki..alez tam pieknie macie:)
    Mojej drugiej polowce tez marzy sie taki wyjazd ja natomiast nie jestem przekonana choc te krajobrazy kuszace:) a mozesz mi napisac jakie byly wymagania co do Twoich zarobkow, zeby moc zabrac dziecko ze soba?jakos nigdzie nie moge znalezc tej informacji..
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń