W nastrój Świąteczny oprócz tony pocztówek z Maida Vale które moi byli podopieczni pięknie udekorowali i podpisali na zajęciach plastycznych wprowadził nas rodzinny Świąteczny grill u Lilianki w przedszkolu.
Dzieciaczki przygotowywały się od tygodni ucząc się piosenek i przygotowując ozdoby. Rodzice poprzynosili jedzonko i było na prawdę bardzo miło. Dla mnie szczególnie bo to Darek codziennie zawozi i odbiera Liliankę więc ja nawet nie wiem za bardzo co ona tam robi. Tak więc kilka zdjęć:
Kartki od dziadków. Nie zdziwiłabym się jakby połowa z nich nawet nas już nie pamiętała, ale i tak miło się mi zrobiło!!
Mój mały dionizosek:)!!
No a potem przyszło wolne i tak jak pisałam, z porządnego kempingu nic nie wyszło bo prognoza pogody zapowiadała deszcze na cały tydzień. Okazało się że wcale nie było tak najgorzej wiec i tak trochę pojeździliśmy.
Przede wszystkim podjechaliśmy sobie na cały dzień do Anarua Bay. Przepiękna zatoka z wysepkami, cicha, spokojna a i jeszcze szlak przez busz. Spędziliśmy tam cały dzień, Lilianka popluskała się w ciepłym jak herbata bajorku, no i szlak tez zaliczyliśmy. Bardzo fajny z resztą, dwu godzinny i niesamowicie różnorodny. Była wspinaczka przez busz, przez łąkę, las sosnowy, koryto strumienia, pastwiska rodem jaz z Shire i z powrotem nad morze. To właśnie jest chyba jeden z lepszych uroków Nowej Zelandii, nigdzie tak jak tu nie zmieniają się tak krajobrazy. Zobaczcie sobie sami na zdjęcia:
Następnych kilka dni pogoda faktycznie nie dopisywała, ale i tak mieliśmy co robić w domu bo przyszedł czas na Wigilię. Trochę mięliśmy z tym urwania głowy, bo tak samo jak w zeszłym roku brakowało nam wielu niezbędnych składników. Najgorsze było to, że mieliśmy sobie zakupić wszystko w Polskim sklepie w Auckland (przez internet), tylko że karta visa na która czekaliśmy doszła dokładnie w dzień przed Wigilią więc nie zdążyliśmy z zakupami online.
Na szczęście już zawczasu nakisilismy sobie kapusty i buraków, tylko grzyby które tak pieczołowicie suszyliśmy w zeszłej jesieni nam zapleśniały. Pół dnia jeździliśmy po sklepach w poszukiwaniu grzybów no i znaleźliśmy w sklepie Śródziemnomorskim... grzyby i całe mnóstwo innych niezwykle ciekawych specjałów. W każdym razie zakończyło się tym, że musieliśmy się jedynie obejść bez śledzi, ogórków kiszonych i karpia.
A tak wyglądał nasz stół Wigilijny.
Po wigilii już nigdzie nie jeździliśmy ze względu na pogodę, aż do Nowego Roku.
Po Sylwestrze który spędziliśmy w domu z butelczyną szampana pogoda się poprawiła postanowiliśmy wiec wypróbować nasz nowy namiot i wyjechaliśmy na jedną noc nad jezioro Waikaremoana.
Było przepięknie!! Las, jezioro, słońce. Namiot spisał się świetnie. Jest na prawdę przestronny i wygodny, bez problemu w pierwszej komorze zmieścił się nam dmuchany materac w rozmiarze king a w drugiej spokojnie zmieściłby się drugi. Ale nie o materacach mam tu pisać tylko o jeziorze, a właściwie dwóch.
Z jeziora Waikaremoana prowadzi malownicza ścieżka do drugiego jeziora, bardzo wyjątkowego. Znajduje się bowiem na nim wyspa a na niej trzecie jezioro. I tam własnie się wybraliśmy.
Wyobraźcie sobie scenę z filmu typu Śpiąca Królewna: ścieżka w lesie, mech, paprocie, promienie słońca przeświecają pomiędzy wiekowymi drzewami... no po prostu idealny las, jeszcze tylko Bambiego brakowało!!! A na końcu ścieżki lazurowa plaża nad krystalicznie czystym jeziorem. Achhh, szkoda, że mięliśmy tylko jeden dzień:
Podróż nad jezioro, widok na naszą zatokę

A tu nad jeziorem
Pierwszy wieczór nad Waikaremoana. Trochę się chmurzyło i obawialiśmy się czy wyjazd był dobrym pomysłem, ale pogoda szybko się poprawiła i tego wieczoru podziwialiśmy piękny zachód słońca.
Rano dzień następny. Śniadanko:):)
Strumienie i wodospady:
Widzicie nas tam na górze???
I droga nad drugie jeziorko: Waikareiti
No jakby je tam ktoś specjalnie posadził, te paprotki!!
I bajecznie błękitne Waikareiti
A to już tak na zakończenie w drodze powrotnej, takie tam skałki:


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz