niedziela, 22 marca 2015

Marzec

Minął kolejny miesiąc i jak to zwykle u nas trochę pojeździliśmy, wiec wypadałoby uzupełnić bloga nowymi zdjęciami. Zanim jednak przejdę do zdjec i wycieczek wspomnę tylko że Chmielu ma już prace na stałe i oficjalnie został piekarzem:):)

A tak... i prawie wcale pracy nie szukał!! Zajrzał do sklepu po zakupy, zapytał czy nie potrzebują pomocy na piekarni i babeczka od razu mu wcisnęła formularz aplikacyjny. Tydzień później już zaczął pracę. Jedyny minus to że niestety puki co pracuje w weekendy . Ale ,może po Wielkanocy będzie mógł coś zacząć negocjować.
Więc od kilku tygodni nasze wypady weekendowe ograniczają się do popołudniowych wycieczek, ale i tak byliśmy w pary na prawdę niesamowitych miejscach.

Na pierwszy rzut poszedł Park Narodowy Tasmana. Necała godzinka drogi z domu do Marahau gdzie zaczyna się szlak który generalnie może zająć do kilku dni z noclegami na schroniskach. No my zachłanni nie jesteśmy i zrobiliśmy całe 3 km do pierwszej zatoczki. Musze to wspomnieć jak dumna jestem ze swojej córy która sama przetuptała drogę w jedną stronę. No w druga tata musiał już pomóc:)
No powiem, że miejsce rewelacja, złote plaże, turkus morza a w tle góry











 Take przepióreczki spotkaliśmy po drodze

 Z takimi kurczaczkami:) Chyba z 10 ich miała:)

 No i takie różne okoliczności przyrody:):)



W kolejny weekend podjechaliśmy do pobliskiej doliny: Aniseed Valley. Generalnie zaczyna się tam kilka szlaków po Richmond Hills. Malownicze górki, z reszta oglądamy je z okna. Tu tez musieliśmy się z wiadomych przyczyn ograniczyć do najkrótszego z możliwych szlaków i wybraliśmy się obejrzeć Szepczący wodospad: Whispering Falls. Szlak nie wymagający, wzdłuż strumienia, kilka wiszących mostków do przebycia oraz jeden strumień albo na bosaka albo skoki po kamykach bo most się zwalił chyba wieki temu. No my wybraliśmy skakanie:). Doszliśmy do wodospadu który miło nas zaskoczył. Woda kropelkami skapująca po nawisach skalnych i mchach, bardzo malowniczy. Niestety zdjęcia nawet w połowie nie oddają tego jak na prawdę wyglądał. Skusiłam się podejść bliżej i orzeźwić w tym deszczu drobnych kropelek. Bardzo przyjemne po wyczerpującym spacerze:)





A wczoraj odwiedziliśmy na prawdę wyjątkowe miejsce. Nelson Lakes, czyli kolejny z parków Narodowych. Położone w alpejskim wręcz krajobrazie dwa piękne jeziora. Generalnie wycieczka było trochę na spontana, bo wydawało się nam że to zdecydowanie za daleka droga jak na popołudniowa wyprawę. Ale Chmiel szybko sprawdził na necie i okazało się że to tylko godzinka drogi od nas. Wiec prosto po lunchu, nawet bez prowiantu,m jedynie z butelka wody i owocami dla Lilianki ruszyliśmy. 
Już sama droga dojazdowa była rewelacyjna, z wysokimi górami wyłaniającymi się z za zakrętów i bujnymi lasami sosnowymi (Te niestety po ścinkę). 
No ale na ostatnim wirażu przed jeziorami to nam szczęki opadły i musielismy aż wysiąść z samochody i cyknąć zdjęcia:)



No a same jezioro, po prostu sielanka:)




a tutaj powrót do domu i zachód słońca nad górami

No i tak nam ostatnie tygodnie minęły, dodam jeszcze że dzisiaj jak co roku w okresie wielkanocnym wybraliśmy się sprawdzić czy są już grzyby, no i są....2 siatki w 10 minut. 11 w nocy i właśnie skończyłam diabelstwo obierać. A za tydzień pewnie powtórka bo obiecałam koleżance że ją zabiorę na grzyby i pokaże które jadalne:) No i czekamy tez na mega festyn który ma się za tydzień odbyć. 20+ dmuchanych zamków:):):) 
A i jeszcze wreszcie nasze mebelki przyjadą:):) Koniec spania na materacu!!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz