niedziela, 6 kwietnia 2014

Nasi wierni fani (czyt. najbliższa rodzinka) przyparli mnie ostatnio do muru pytając: "czemu nic na blogu nie piszesz?" A więc szybko odpowiadam..... nie dzieje się nic ciekawego. Serio, żadnych wycieczek, ani porywów serca. Drobne zmiany i owszem są a więc pokrótce streszczę:

Najważniejsze to, że Chmielu dostał pracę... tylko nie ekscytujcie się za bardzo...;) Pracuje na telefon, czasem go wezmą a czasem nie, robi najgorszą czarną robotę: wylewa asfalt albo wyładowuje kontenery w porcie i co najlepsze za najniższą krajowa... mówiłam że nie ma się czym chwalić...  Na dodatek jestem własnie na całą te jego pracę chwilowo zła, bo nigdy mu nie powiedzą za wczasu co i jak i jak go w piątek naszym własnym autem wysłali 200 km stąd na wyładunek w porcie to  (choć miał wracać wczoraj) nie będzie go do wtorku. No i jestem uziemiona bez auta ani podstawowych produktów żywieniowych bo po zakupy mieliśmy jechać jak wróci. Jedyne co, to,że po mnie z roboty ktoś przyjedzie i auto służbowe mi dadzą.

Co do wizy rezydenckiej na razie sytuacje bez zmian, powoli załatwiamy dokumenty (nieszczęsne akty niekaralności z Polski i Irlandii) oraz nowy paszport Lilianki.

U mnie w pracy powoli się sytuacja poprawia, skończyłam szkolenie które niewiele mi dało, ale sama zaczynam wreszcie kapować o co a tym wszystkim chodzi. No i moja szefowa z niewiadomych powodów dość za mną przepada i nawet dość mi pomaga i co najlepsze obiecuje podwyżkę w Lipcu:)

Co do wypadów i wycieczek, to pogoda nam jakoś nie sprzyjała (w końcu idzie jesień, ale nie powiem w zeszły weekend coś tam porobiliśmy.
Mięliśmy jak co sobotę jechać z Lilianką na basen (zaczęliśmy znowu lekce pływania), tylko, że w piątek pozwoliłam się jej w aucie pobawić no i zrobiła nam Star Trecka i pozapalała wszystkie możliwe światełka, i tak też w sobotę auto nawet nie mruknęło.
Za to Janek (znajomy polak) zadzwonił, że ma dla nas drewno na opal za darmo, bo jego koledze zalegają drzewa na farmie. Przyjechał wiec po nas i zabrał do siebie. Spędziliśmy bardzo miłe popołudnie, Lilianka pobawiła się na ich trampolinie, zjedliśmy pizzę i pojechaliśmy po to drzewo a przy okazji nazbieraliśmy siatę orzechów włoskich. Jako, że Janek jest z zamiłowania myśliwym, to odwożąc nas do domu zapakował do auta strzelbę. No i trafiło się, że po drodze zauważyliśmy dzikie koziołki. Wróciliśmy więc do domu z drzewem na całą zimę, orzechami na ciasto i dwoma kozimi udami. (Własnie będę za chwile szukała przepisów jak to w ogóle przyrządzać).
Z kolei w niedzielę jak już udało się nam zapalić auto podjechaliśmy do muzeum technologii. W Nowej Zelandii każde chyba miasto ma przynajmniej jedno takie muzeum i w każdym znajduje się dokładnie to samo... sterta pordzewiałych gratów z przed epoki. Ale mieli kilka fajnych aut, z czego Liliance najbardziej podobały się auta straży pożarnej i gokart.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz