W dzisiejszym poście pragnę opisać kolejną z naszych letnich wycieczek, a tą konkretną odbyliśmy w lutym, więc jak zwykle kilka miesięcy opóźnienia a na dodatek piszę z Polski (wakacje z okazji urlopu macierzyńskiego) ale o tym może innym razem.
Typowy nasz weekendowy wypad czyli trzydnióweczka zaplanowana tak, aby zwiedzić kolejną część zachodniego wybrzeża, tym razem poniżej Westport aż do Hokitiki. Najbardziej interesowały nas słynne Pancakes Rocks w Punakaiki oraz sama trasa z Westport do Greymouth. Ludzie mówią, że jest to jedna z najładniejszych nadmorskich tras, i faktycznie widoki są wspaniałe, choć nie wiem czy nie wyglądałaby jeszcze lepiej jadąc w drugą stronę. W każdym razie widoki są dramatyczne: wielkie fale, skały w morzu, tropikalna roślinność, klify. Tak zwany "łał faktor" za każdym zakrętem.
Dramatyczna linia brzegowa na trasie Westport-Greymouth, zaliczona do jednej z 10 najpiękniejszych nadmorskich dróg według Lonely Planet
Na trasie są też różnorodne atrakcje, jak jaskinie czy studia jubilerskie gdzie każdy może sobie sam zrobić łańcuszek z jadeitu, jednak najbardziej znaną i popularną są Pancakes Rocks, czyli naleśnikowe skały, dlatego tez postanowiliśmy rozbić swój obóz na pobliskim kempingu (1 km przed Skałami). Już sam kemping położony był w niesamowitym miejscu, u ujścia wspaniałego kanionu wyżłobionego w wapiennej skale i porośniętego bujną tropikalną roślinnością, a nad kempingiem góruje imponujący masyw skalny:
A to kaniony w pełnej okazałości widziane z plaży jakieś 3 minuty na nogach od kempingu
Tuż przy kempingu tawerna, sklepiki, lokalni artyści i wypożyczalnie sprzętu sportowego w tym kajaków którymi można się przepłynąć w górę kanionu. My ze względu na dzieci zdecydowaliśmy się na suchą opcję spaceru około półtoragodzinną ścieżką wzdłuż krystalicznie czystej rzeki. No i nie zawiedliśmy się bo widoki zapierały dech w piersiach. Taka dzikość, że jedyne czego nam tam brakowało to pterodaktyle, choć przy użyciu odrobiny wyobraźni to i przelatujące kaczki mogły je imitować:) Wrażenia dodawał jeszcze fakt, że wybraliśmy się na spacer wcześnie rano i poranna rosa parująca z drzew robiła super efekt:)
Początek trasy, zapowiada się dobrze


Najciekawsze jest to że o tej trasie spacerowej niewielu ludzi wie, bo wszyscy turyści walą prosto na skały, a szkoda bo wystarczą dwie godzinki na spacer w te i z powrotem a widoki są tego warte, choć my następnym razem mamy zamiar wypożyczyć kajaczki i spędzić tam więcej czasu (rodzinka, szykujcie się:)
A na skały oczywiście tez się wybraliśmy, wieczorkiem.
Miejsce jest znakomicie przygotowane pod turystów, jest duży parking, toalety i kafejka a wygodna alejka prowadzi przez około pół godzinki przez labirynt wystających z morza skał. Część szlaku przygotowana jest dla wózków inwalidzkich ale w najlepszych miejscach niestety są schody, co dla naszego wózeczka i odważnego niemowlaka nie było przeszkodą:)
Naleśnikowe skały swą nazwę zawdzięczają warstwowej strukturze a odwiedzać je najlepiej przy przypływie i wzburzonym morzu a to ze względu na tzw. blowholes, czyli takie jakby morskie gejzery, gdzie woda wpychana przez fale do skalnych kominów wypryskuje w górę na kilka metrów.
Nas niestety ta przyjemność ominęła ale i tak masyw wody kotłującej się w dole i fale rozbijające się na skałach robiły wrażenie.

Nasz dzielny szkrab:)

A to łączka przy parkingu:) trochę tropiki:)
A tu już skały

Tak zakończyliśmy dzień pełen wrażeń aby następnego dnia spakować manatki i ruszyć w stronę Hokitiki. Z rana zaliczyliśmy jeszcze spacerek na pobliską plażę gdzie może wyżłobiło ciekawy nawis skalny w piaskowcu, niestety nie mam zdjęcia samej skały a z resztą wybraliśmy się tam o złej porze dnia. Miejscowi polecają wybrać się tam z wieczora ponieważ słonko fajnie opiera się na żółtym piaskowcu i wspaniale wtedy wyglądają jego różnokolorowe warstwy.
Nam za to spodobały się hipnotyzujące wysokie fale, oczywiście pływania w tym morzu nie polecam bo strasznie niebezpieczne. Generalnie na Zachodnim Wybrzeżu niewiele jest miejsc do pływania, choć podobno przy kempingu jest łagodna plaża i nawet można sobie zrobić szybki kurs surfowania

Dalsza część trasy już nie była taka ciekawa, Greymouth raczej nas nie zachwyciło i dopiero za Hokitika kiedy skręciliśmy na Hokitika Gorge zaczęły się znowu fajne widoczki. Do tego stopnia fajne, że w oddali udało się nam zobaczyć odrobinę śniegu na wysokich górach (w lutym czyli jakby w Polsce w sierpniu).
Choć na zdjęciach nie ma się co doszukiwać śniegu

Do Hokitika Gorge (wąwóz) trochę się jedzie, a słynie ona z turkusowej, spływającej z lodowca wody. Czasami widzi się na zdjęciach turystyczne atrakcje i myśli się sobie, acha... 'fotoszop', nie możliwe żeby tak to wyglądało w rzeczywistości, no i to jest jedno z takich miejsc tylko bez fotoszopa:):) Woda po prostu prześliczna, mleczna niebiesko zielona i lodowata, co nie zniechęcało grupki młodych ludzi do skakania ze skał do wody. Miejsce jest idealne na piknik, grilla i plażowanie nad wodą. Do tego łatwo dostępne, bo spacerkiem szerokim dobrze przygotowanym traktem zajmuje może 20 minut


Wizytą w Hokitika Gorge zakończyliśmy wypad.




























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz