poniedziałek, 5 czerwca 2017

Przyjazd rodzinki. Wyprawa Poudniowa wyspa. bullers Bridge, Karamea i Westport

Najważniejszą częścią przyjazdu dziadka Jacka i babi Gosi do Nowej Zelandii była objazdówka po Południowej Wyspie. Cały harmonogram, noclegi i atrakcje rozplanowałam sobie już na długo przed ich przyjazdem. 

Pierwszą częścią programu była Karamea. Dojazd podzieliliśmy sobie na kilka części ze względu na czas podróży i odległość. Główny postój zaplanowałam w Bullers Bridge. Mimo, że przejeżdżaliśmy tamtędy a Chmielem już wiele razy, nigdy jeszcze się tam nie zatrzymywaliśmy więc trochę nie mogłam się doczekać. Kilka osób wspominało, że warto się tam zatrzymać i zapłacić kilka dolarów za przejście mostem wiszącym. I faktycznie most wiszący jedyny w swoim rodzaju, podobno najdłuższy taki w Nowej Zealndii, liczy sobie ponad 100 metrów. Faktycznie komuś z lękiem wysokości albo komuś kto jeszcze nie miał przyjemności chodzić po moście wiszącym, możne podnieść adrenalinę:) Lilianka była zachwycona, Chmielu również, z ta różnicą, że jemu największą przyjemność sprawiało rozhuśtywanie mostu co mnie i Gosię przyprawiało o niewielkie palpitacje:)




Spacerek po okolicy

Artefakty z dawnych lat

Dalsza cześć podroży upłynęła nam spokojnie, niewielki postój w Westport na zakupy i wreszcie dotarliśmy do Karamei. 
Tu czekał na nas niewielki 2 sypialniany domek który zarezerwowałam przez 'book a bach' czyli domy 'letniskowe'do wynajęcia, z tą różnicą że tutejsze domy letniskowe nie różnią się niczym od zwykłych domów... najlepsze chyba rozwiązanie na noclegi w NZ dla większej grupy.
W Karamei zostaliśmy na trzy nocki, pogodę mieliśmy w kratkę. Z reszta cały wyjazd, a właściwie całe nasze lato w tym roku było raczej kiepskie. Na szczęście jeden dzień nawet się nam udał i wybraliśmy się do Scotts Beach na początku Heaphy track

Most wiszący nad Kohaihai River



Ścieżka przez las deszczowy w drodze do Scotts Beach









Punkt widokowy w połowie drogi do Scotts beach




A tu już plaża Scotts Beach i jak zawsze na zachodnim wybrzeżu imponujące fale. Zachodnie wybrzeże jest jedyne w swoim rodzaju i nie da się go pomylić z niczym innym, jest... dzikie i morze tez jest tu zawsze wzburzone. Na większości plaż obowiązuje zakaz pływania a nawet gdyby go nie było to i tak nie sądzę że znalazłoby się wielu śmiałków na wejście do tej kipieli (no oczywiscie poza Chmielem...)









Wracając z Heaphy track zatrzymaliśmy się jeszcze na piknik na plaży przy parkingu, tu podziwialiśmy dzikie fale. Mnie te fale po prostu hipnotyzują, kiedy morze zbliża się i rośnie w oczach tak jakby miało mnie za chwilę połknąć. Takie fale są tylko na West Coast.
Dzieciaki, dziadek i Chmielu zaczęli się bawić w uciekanie przed falami, zabawę generalnie bezpieczną w innych miejscach, tu jednak trochę ryzykowną, gdyż plaza schodzi no morza pod bardzo stromym kątem, czyli że jeśli się nie zdąży uciec to morze może nieźle zmoczyć, i to wcale nie po kostki tylko po pas a jeszcze i wciągnąć też może. No i co tu dużo mówić, tak się bawili że w pewnym momencie fala ich zaskoczyła i nie kto inny jak Lilianka została zalana... po sam kark dosłownie....dzięki dziadku Jacku!!! Na szczęście do domu było nie daleko więc Chmielu przywiózł nam ubrania na zmianę i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę:)


Tu jako dowód, Lilianka na golasa w samej mojej bluzie:) Z reszctą Amelci tez nie ominęło bo jedna fala doszła aż do naszego pieńka i trochę jej też kostki pomoczyła:):)












Po Heaphy track zabraliśmy naszych gości do Oparara Basin, pokazać im słynne skalne łuki.
W poprzednim poście wspomniałam o głębokiej wiedzy z zakresu dendrologii naszych gości i klasyfikacji Nowozelandzkich lasów. Otóż ten las został przez nich zaklasyfikowany do kategorii 'Misiaty Las' :):) Z resztą oceńcie sami, moim zdaniem coś w tym jest:







Więc przez taki 'misiaty las' właśnie doszliśmy do Oparara Arch. Jak widać pogoda zaczynała się nam już powoli psuć więc oglądanie Moira Gate zostawiliśmy sobie na następny dzień


Tu juz masywna Oparara Arch, i znów to wrażenie że coś wielkiego zaraz może ci spaść na głowę... Szkoda że zdjęcia nie oddają ogromu tego miejsca.

Następnego dnia, mimo niewielkiego deszczu wróciliśmy obejżeć Moira Gate. Jedną z rzeczy na które nasi goście zwrócili uwagę był niezwykły kolor rzeki. Jest ona bowiem brązowa, ale przejrzysta jak mocna herbata. Otóż kolor ten zawdzięcza podobno niektórym tutejszym roślinom które rozkładając się wypuszczają garbniki które przenikając do wody zabarwiając ją na brązowy, tudzież rdzawy kolor. 
Tak, woda w Nowej Zelandii to kolejna rzecz które zasługuje na osobną klasyfikację tym razem ze względu na niezwykłą kolorystykę, o czym przekonać się może każdy kto chociaż raz wybrał się w nasze tereny wulkaniczne. Choć nie tylko wulkany i siarka zabarwiają nasze wody, również lodowce o czym będzie w kolejnych postach








Po takich atrakcjach wróciliśmy do domku a dziadek Jacek zafundował nam przepyszny gulasz i placki ziemniaczane.... jeden z wielu bonusów goszczenia rodzinki z Polski...pyszne jedzonko:):)

A tu dziadek Jacek nie mógł się nadziwić że cytryny rosną na drzewach a nie w sklepie:):), Dobra  żarcik, ale nie często udaje się w Polsce skoczyć do ogródka po cytrynkę do herbatki, jak po szczypiorek na kanapki w lecie:):)


A tu jeszcze kilka fotek strzelonych przez Chmiela. My nie mieliśmy odwagi wybrać się z domu o zmroku ze względu na niezwykle krwiożercze muchy piaskowe. Jak widać nawet się wypogodziło, co jak wytłumaczyła nam pani w lokalnym sklepie, jest swoistym fenomenem w Karamei, często właśnie pod wieczór słonko wychodzi tam nawet w bardziej deszczowe dni



Jak wcześniej wspomniałam, w Karamei zostaliśmy na 3 noce a następnie ruszyliśmy w stronę Punakaiki, zahaczając jeszcze o plażę w Tauranga Bay i kolonię fok na Cape Foulwind (Westport).
Tauranga Bay jest kolejną, niesamowitą i typową dla Westcoast plażą na której można siedzieć godzinami zapatrzonym w hipnotyzująca morze. A jako bonus można tez niemalże z ręki pokarmić zawsze głodne Weki, z czego najbardziej cieszyła się Amelcia:)
































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz