Zwiedzamy
Nelson
Naszym zwyczajem zaraz po przyjeździe zaczęliśmy zwiedzać
Nelson i okolice.
Puki co
pogoda była całkiem fajna,więc co weekend jeździliśmy w inne miejsce.
Jak wiecie pierwszy tydzień spędziliśmy
u znajomych, a że nie mieliśmy pracy to praktycznie codziennie gdzieś jeździliśmy,
od spacerów po Motuece (gdzie mieszkaliśmy przez pierwszy tydzień),
przez wycieczki na pobliskie plaże, staraliśmy się lepiej poznać nasze nowe miejsce zamieszkania.
Co bardzo
mi się podoba w Nelson to to, ze co weekend odbywa się tu jakiś festyn, czasem nawet kilka naraz,
wiec byłoby dziwne gdybyśmy choć raz się na festyn nie wybrali. Wiec w pierwszy weekend
pojechaliśmy do pobliskiego Mouture na festiwal czarnej porzeczki. Nasz region
słynny jest z
sadów owocowych i winiarni i wiele krajowych produktów owocowych jak soki i drzemy wytwarzanych
jest właśnie tu. Festyn jak festyn: stragany, jedzenie i muzyka,
oczywiście największa atrakcja dla Lilianki i jej japońskiej koleżanki Sany było malowanie twarzy i jazda na kucyku.
Kolejny wypad
to już po przeprowadzce do Nelson, Founders Park. Jest to duży park tematyczny, a
tematem są założyciele Nelson. Tak więc stare domy i sprzęty, stary koscioł i młyn oraz kolejka,
kafejka i sprzęty.
A
generalnie to postanowiliśmy się tam wybrać ponieważ odbywała się właśnie wystawa starych samochodów,
takich sprzed 49' roku.
Jak widzicie na zdjęciach było ciekawie.
Z
kolejnych wycieczek, w zeszłym tygodniu byliśmy na farmie-zoo.
Lilianka uwielbia zwierzaki więc była zachwycona.Wzięliśmy też Sanę. Dziewczyny złapały za kubełki
z karma i ruszyły biegiem do zwierzaków.
Na
początku Lilianka trochę się bała ale szybko samą zaczęła z ręki karmić male lamy I
owieczki. Oczywiście jazda na osiołku też musiała być.
Lilianka trenuje bo nasi współlokatorzy,mają konie i sprowadzają za tydzień kuca i już obiecali Lilce jazdy:)
A w ten
weekend z kolei mieliśmy jechać na kemping, ale pogoda się popsuła i zostaliśmy w
Nelson. Nakupowałam więc sadzonek do ogródka, z zamiarem kopania w glebie. Ale
gdy wróciliśmy z zakupów pogoda tak się poprawiła, że pojechaliśmy na moją ulubioną plażę
w Kaiteriteri. Było super, Liliana urządziła sobie spływ w dół strumienia na desce.
Spotkaliśmy też płaszczkę
(niestety nie mamy zdjęcia) oraz kraba:). A
na zakończenie poszliśmy nazbierać muszli na przekąskę.
Na
drugi dzień pogoda się na dobre zepsuła i postanowiliśmy poszukać czegoś ciekawego do
roboty w mieście. Chmielu wypatrzył niedawno kafejkę przyjazną dzieciom. Zajrzeliśmy więc i okazało się że
jest to studio garncarsko-artystyczne gdzie można sobie przy kawie i ciastku z
dzieciakami pomalować gliniane drobiazgi, od figurek po misy, talerze i kubki.
Wybrałyśmy więc sobie
z Lilianką po figurce i profesjonalnie ubrane w fartuchy zabrałyśmy się do dzieła po czym wypiłyśmy: ja kawkę a Lilianka fluffiego czyli mleczną piankę:)
Za tydzień wypalone figurki będą
do odbioru.
A
po powrocie do domu nazrywałyśmy kosz warzyw z ogródka. Ugotowałyśmy makaron z
cukinii z własnym świeżym pesto z bazylii z ogródka. Oczyściłyśmy i ugotowałyśmy zebrane wczoraj muszle i posilone takim posiłkiem kładziemy się spać
:)







znalazłam twojego bloga przypadkowo i spodobał mi się, będę tutaj zaglądać
OdpowiedzUsuń