Niewiele jest w tej kwestii do opisania, ponieważ tutejsze święta koło prawdziwych Świąt nie stały. Wiem, że i w Polsce śniegu nie było, ale tutaj przy temperaturze 23C i słońcu nie czuć w ogóle atmosfery świątecznej. W telewizji puszczają Świąteczne reklamy, ludzie latają po sklepach jak opętani, w pracy wieszają płatki śniegu na suficie a tu przecież zima dopiero co się skończyła. Na prawdę dziwaczne śpiewać o białych świętach i rozkładać renifery i sanie w ogródku kiedy na zewnątrz upał. I dziwi mnie trochę że zamiast sobie swoją letnio-wakacyjną wersję świąt wymyślić to oni na upartego kopiują północne zwyczaje. A przecież dało by się bo mają swoje tradycyjne świąteczne Pohutukawy. Czyli piękne drzewa kwitnące na czerwono na Boże Narodzenie i pikniki na plaży pod udekorowanymi lampkami drzewami - tez urocze, tylko po co na siłę rozrzucać dookoła watę????
Mała Pohutukawa u nas w ogródku
A tu z bliska
No a co do naszych Świąt to w kwestii Wigilii postanowiliśmy trzymać się Polskiej tradycji i po prostu ją zorganizowaliśmy. Widzicie tutaj nikt nie obchodzi Wigilii i jest to normalny dzień pracujący. My wzięliśmy wiec po dniu niepłatnego urlopu (bo płatny nam jeszcze nie przysługuje), zaprosiliśmy Roniego i Migumi z Saną i zasiedliśmy wspólnie do międzynarodowej Wigilii. Niestety z polskimi potrawami był problem. Grzybów suszonych tu nie znają (zdaje się że można sobie nazbierać grzybów ale oni o tym nie wiedzą i nie praktykują a że dopiero wczesne lato to jakoś nie trafiliśmy na żadne na naszych wycieczkach - z resztą o tym jeszcze napisze), kapusty kiszonej tez nie znają o ogórkach kiszonych tez nie słyszeli no i oczywiście karpia nie uraczysz. Dobrze, że chociaż udało mi się kupić rolmopsy za jedyne $11 za mały słoik i że zawczasu ukisiliśmy własną kapuchę (o ogórkach zapomnieliśmy). Tak więc na Wigilii mieliśmy pierogi z mięsem i kapustą (swoją drogą pyszne), sałatkę śledziową z buraczkiem, rybę hoki -( nie wiem co to za ryba po polsku) przyrządzoną po chińsku, kapustkę z fasolą, barszcz czerwony i krokiety z pieczarkami i kapustą. Do tego Japońskie sushi i niemieckie sznycle, sernik i ciasto jabłkowe:) A no i żeby nie było Chmielu po raz pierwszy od pół roku zakupił flaszeczkę i razem z Ronim zrobili się na cacy:):) (Roni gorzej bo nie pił 2 lata) hehehe:):)
Zdjęć niestety na razie nie mam bo Migumi miała swój superzarąbisty lustrzany aparat i cykała zdjęcia więc ja nawet nie wyciągałam mojego grata a, że właśnie się przeprowadzili na Południową Wyspę to trochę poczekamy na fotki. Ale generalnie to było na prawdę fajnie i strasznie mi żal że nasi jedyni prawdziwi znajomi właśnie odjechali.
No ale kontynuując o Świętach w pierwszy dzień wybraliśmy się oczywiście Nowozelandzkim zwyczajem na plażę. Podjechaliśmy z 20 km do Urenui, fajna mieścinka u ujścia rzeki z dużym polem campingowym i baaardzo płytką plażą. Na dodatek był odpływ wiec dla Lilianki po prostu był raj bo wody miała po kolana w najgłębszym miejscu:):) A że w prezencie świątecznym dostała od nas wiaderko, łopatkę i foremki to pluskała się chyba z 2 godziny a i ja zanurzyłam wreszcie dupcię w morzu i co prawda brzuchem po piasku ale niby popływałam. No i nie byłabym sobą jakby mi się nie włączył syndrom zbieracza i wyłowiłam całą siatę przegrzebków które ugotowałam na obiad na następny dzień. Szczerze to albo moje chamskie podniebienie tego przysmaku nie docenia albo po prostu ludziska przesadzają, albo ja nie umiem tego cholerstwa gotować ale były niesmaczne. Zrobiłam zgodnie z przepisem, na masełku z cebulką, białym winem i śmietaną ale wyszły za słone i po prostu waliły glonem. Może ktoś zna sprawdzony przepis??
A tu jak zwykle kilka zdjęć:
Lilianka przymierza kostium kąpielowy:)
Z mamą:)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz