środa, 8 maja 2013

Coromandel dzień 3, 4 i 5

Kontynuując poprzedni wątek...
Postanowiliśmy zostać w Hahei jeszcze jeden dzień ponieważ po wizycie na pierwszej plaży nie zostało nam dużo czasu na obejrzenie drugiej na której mi zależało  Także następnego dnia podjechaliśmy na Hot Pool Beach: plażę na której można zamoczyć tyłek w gorących źródłach, wystarczy sobie wykopać dziurę w piachu:) Niestety żeby wykopać sobie  dziurę w miejscu gdzie wypływają gorące źródło trzeba było czekać na odpływ a ten zaczynał się późnym popołudniem, nie mogliśmy tak długo czekać jeśli chcieliśmy zrealizować dalszą część naszego planu podróży więc zapakowaliśmy się w auto i ruszyliśmy do samego miasteczka Coromandel na przejażdżkę wąskotorówką:)
Po drodze udało się nam uchwycić kilka słonecznym momentów:




Na przejażdżkę kolejką załapaliśmy się o 17.00 więc straciliśmy trochę na świetle i pogodzie więc zdjęć niestety nie ma ale i tak nam się podobało, a zwłaszcza Liliance która była wprost zachwycona. Szczególnie przypadło jej do gustu kiedy mijaliśmy się z innym pociągiem, no i od tej wycieczki Lilianka mówi na pociągi ciu ciu:):) Podroż kolejką trwała godzinkę i prowadziła przez dżunglę na szczyt wzgórza gdzie znajdował się punkt widokowy. Powstała ona w celu sprowadzania gliny do wyrobu ceramiki i do tej pory u podnóża znajduje się studio a na całej długości trasy można podziwiać gliniane rzeźby i instalacje.

Z kolejki zabraliśmy się prosto na następne pole campingowe w pobliżu miasteczka Thames skąd w ostatni dzień mieliśmy się wybrać do doliny Kauearanga na jakiś jakiś bardziej konkretny trekking. Dotarliśmy na miejsce już całkiem po ciemku i gdy wstaliśmy następnego dnia rano z niemałym zdziwieniem odkryliśmy że na naszym polu namiotowym znajduje się ogród motyli:) i orchidei:) Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam takiej masy i tak kolorowych motyli jak w tamtej pięknej szklarni, tu klika przykładów, choć większość mamy na filmie.
Każdej z tych śpiących olbrzymich ciem towarzyszył napis: "To żyje, proszę nie dotykać":)







Trochę nam z tymi motylami zeszło więc gdy dojechaliśmy do dolinki tak na prawdę zostały nam tylko 3 godziny czasu na to żeby gdzieś połazić i wrócić do domu o jakiejś w miarę ludzkiej porze. Zdecydowaliśmy się więc na 3 godzinną trasę do gigantycznych drzew Kauri (Cookson Kauri) i z powrotem:

Kauri generalnie są uznawane za trzecie co do wielkości największe drzewa na świecie po dwóch odmianach sekwoi i podobno te drzewa które widzieliśmy to maluchy w porównaniu z największym kauri które znajduje się gdzieś bliżej Auckland. No ale mnie tam się małe wcale nie wydawały:





No i tym malowniczym akcentem miała się nasza podróż zakończyć gdyby nie to że wracając na główną trasę po brawurowym poślizgu na polnej drodze zaliczyliśmy bliskie spotkanie trzeciego stopnia z płotem w wyniku którego wgnietliśmy maskę, złapaliśmy dwie gumy, rozbiliśmy migacz i urwaliśmy tablicę rejestracyjną. Na szczęście nam nic się nie stało a i tak najbardziej ucierpiał płot ale niestety utknęliśmy na dobre no bo w Poniedziałek Wielkanocny to nikt koła nie naprawi. Mięliśmy więc przymusowy kemping na posesji właścicieli płotu którzy nie dość, że wcale nie byli na nas źli i przenocowali na farmie to jeszcze podzielili się obiadem, dali wór jabłek, pokazali Lilance stado różnych zwierzaków począwszy od koni a skończywszy na papugach, zawieźli do miasta w calu naprawy koła i generalnie gościli nas jak swoich:)

Tak więc wróciliśmy do domu we wtorek i w doskonałych nastrojach poszliśmy w środę do pracy po to tylko żeby za dwa dni zacząć weekend!!:):)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz